Moje dziecko jest…


Monika Górska | 5 listopada 2020

Moje dziecko jest Aniołem… mawiasz tak czasem o swoich dzieciach, albo dzieciach Twoich przyjaciół?

15 lat temu spotkałam mamy, które mówiły tak samo, tyle tylko, że nie była to figura stylu. Mówiły, że czasem czują, jak przysiada na ich lewym ramieniu… 

Ich opowieści bardzo mnie poruszyły. Zrobiłam o tym film dla TVP2. 

Ktoś wrzucił go do sieci. Jakość jest kiepska, a temat trudny, ale jeśli to Cię nie zraża, to zapraszam: https://youtu.be/yIJyCflhcug

Dokument dostał kilka nagród, m.in. Grand Prix Circom i nominacji na festiwalach w Nowym Jorku i Berlinie. Z tej okazji zrobiła ze mną wywiad Gazeta Wyborcza. Masz ochotę przeczytać?

Michalina Dolińska: Co skłoniło Cię do zrobienia filmu na tak trudny temat?

Monika Górska: Przeczytałam artykuł w „Polityce” o sytuacji matek, które straciły swoje dzieci zaraz po porodzie, albo jeszcze w czasie ciąży. Wstrząsnął mną. Nie zdawałam sobie sprawy, jak często strasznie w Polsce traktuje się takie mamy. Nie dosyć, że przeżywają niewyobrażalny ból, to jest on jeszcze potęgowany przez ignorancję lekarzy. Ignorancję nie medyczną, w tym jesteśmy przecież w czołówce Europy, ale ignorancję, a może nawet arogancję co do natury człowieka, który oprócz ciała do wyleczenia ma jeszcze psychikę, emocje i duszę.

Poznałaś takie kobiety?

– Tak, to bohaterki mojego filmu. W wielu przypadkach nawet nie dano im szansy pożegnania się z dzieckiem, albo położono na porodówce z mamami, które urodziły zdrowe dzieci.  Natka z Warszawy opowiada w filmie, że jak urodziła martwe dziecko, lekarz wrzucił je do worka na odpadki. Usłyszała tylko pusty plusk. Natka do dziś chodzi po warszawskich cmentarzach, prześladowana myślą, że trafi na grób swojego dziecka. Że może szpital je jednak pochował, w jakiejś zbiorowej mogile noworodków. Widziałam taką. Porażające.

Zrobiłaś film, żeby pomóc tym kobietom? Poprawić sytuację matek, które los może dotknąć w podobny sposób?

– Bardzo bym chciała, żeby tak się stało. Naprawdę tak mało wystarczyłoby, żeby ująć im cierpienia, albo chociaż go nie pomnażać! Tak niewiele czasem trzeba, drobny gest, spojrzenie w oczy. Po prostu zobaczyć z drugiej strony człowieka, a nie jednostkę chorobową i medyczną porażkę. 

Z drugiej strony miałam wątpliwości natury etycznej. Czy można pokazać w filmie tak intymny temat? Ile można pokazać? Jak prawdziwie przedstawić cierpienie, ale nim nie epatować?

Dużo pytań. Co Cię przekonało?

– Natrafiłam w poznańskim wydaniu „Gazety” na artykuł o Agnieszce, młodej matce z Poznania, która straciła córeczkę Martynkę. [dzisiaj znanej w Polsce blogerce i autorce bestsellera Zorkownia] Spotkałam się z nią i moje obawy minęły. Agnieszka jest bardzo zaangażowana w pomoc kobietom w podobnej sytuacji. Przede wszystkim poprzez internetowe forum “Dlaczego?”, które jest kołem ratunkowym dla wielu rodziców po stracie. 

Agnieszka pokazała mi, że moje wątpliwości wynikają z bardzo stereotypowego myślenia ludzi, którzy nie przeżyli takiej tragedii. Większość kobiet po stracie dziecka ma wielką potrzebę rozmawiania. Kamera, mikrofon, staje się kolejnym życzliwym okiem i uchem. 

Często wydaje nam się, że rodzice, którzy stracili swoje dzieci izolują się. Zamykają w sobie. 

Tymczasem często to nie oni się zamykają, tylko my ich od siebie odgradzamy. Jeśli ktoś umrze w naszym otoczeniu, to nagle kompletnie nie wiemy, jak się zachować, co mamy powiedzieć? Wiele mam żaliło mi się, że w ten sposób straciło przyjaciół. 

A najczęściej nie trzeba nic mówić. Wystarczy być i słuchać. I pozwolić, żeby zmarły nadal żył… w rozmowach, nawet, jeśli płyną łzy. Kiedy to zrozumiałam, poczułam, że mogę rozpocząć pracę nad filmem. 

Zobaczyłam radość na twarzach mam, które cieszyły się, że powstanie taki dokument. Bardzo nim żyły.

Jednak film opowiadasz przede wszystkim przez los małżeństwa, które czeka na dziecko. 

– Trudno pokazać przeszłość w dokumencie, tak, żeby poruszała. Można opowiedzieć o czymś, co się zdarzyło. Ale jak to pokazać. Postanowiłam więc zbudować film z dwóch historii: matek, które już straciły dzieci oraz małżeństwa Kingi i Tomka oczekujących córeczki.

Wiedziałaś, że dziecko jest chore?

 – Tak. Julka miała zespół Edwardsa – wadę genetyczną, która oznacza dla dziecka wyrok śmierci. Większość z nich umiera podczas ciąży, niektóre tylko dożywają do dwóch latek.

Kingę poznałam przez Agnieszkę, mamę Martynki. Dziewczyna była już na ostatnich nogach, kiedy spotkałyśmy się u niej Gdyni. To była bardzo trudna sytuacja. Dla nas wszystkich. Ale Kinga razem z mężem podjęli wyzwanie.

Towarzyszyłam im z ekipą właściwie do samego końca ciąży. Pamiętam, jak byliśmy u nich dzień przed porodem. Spacerowaliśmy brzegiem morza dużo rozmawiając.

Opowiedziała mi o swoich wahaniach, czy usunąć ciążę. Skoro dziecko i tak wcześniej czy później umrze…

Zaskoczyli mnie swoją dojrzałością i uśmiechem. 

Kinga mówiła, że nie chce, żeby dziecko wyczuło jej smutek. Dla Julci bardzo się mobilizowała. 

Chciała być optymistką, żeby obudzić w niej chęci do życia. Nawet jeżeli miało być ono bardzo krótkie. 

Na drugi dzień filmowaliśmy Kingę i Tomka na badaniach w szpitalu. Okazało się, że Julia ma poważną wadę serca. Tego samego dnia Kinga miała cesarskie cięcie. Ciągle jeszcze widzę ich, jak znikają z Tomkiem w szpitalnym korytarzu.

Wróciliśmy do Poznania. W czasie podróży pociągiem przyszedł sms. Czekaliśmy na niego z utęsknieniem. Była w nim nadzieja na życie. 

Kiedy wróciłam do domu dostałam drugą wiadomość…o śmierci Julki.

Kinga nie zdążyła jej zobaczyć. Ich marzeniem z Tomkiem było, chociaż wziąć córeczkę ze szpitala do domu.

Widzieli twój film?

– Tak. Początkowo trochę bałam się o Kingę. Oglądała film kilka miesięcy po śmierci dziecka. Jeden z lekarzy powiedział, że to może nawet pogorszyć jej stan. 

Po projekcji jednak ona i mąż byli bardzo wzruszeni i wdzięczni. Dziecko, którego prawie nikt nie widział ożyło. 

Na taśmie filmowej zapisaliśmy krótkie życie Julci. Bicie jej serca. Zdjęcia z porodu kręcone przez Tomka. A przede wszystkim ogromna miłość jej rodziców. 

Tak, jakby nigdy nie umarła.

Ten film to taki kamyczek wrzucony w wodę, mój głos w dyskusji o życiu i śmierci. 

Do dzisiaj piszą do mnie osoby, którym ten film wrócił nadzieję…

Jedna z nich, Ania, jest absolwentką naszej Mistrzowskiej Szkoły Storytellingu Biznesowego. Pisze przepiękne ikony i opowieści, które wbijają w fotel.

Za tydzień podzielę się z Tobą jedną z nich.

SP.

Jeśli nie masz czasu na cały film, to u mnie na kanale zobaczysz jego fragment. I w lepszej jakości 🙂 https://youtu.be/SImsk77l9Dw

Podziel się tym wpisem:
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin

Jestem jak znaczek pocztowy. Trzymam się jednej rzeczy w drodze do celu. Ta jedna rzecz to opowieści. Mój cel: nauczyć przedsiębiorców tak opowiadać, żeby ich biznesy i życie stawały się jak najlepszą fabułą. Taką na Oscara. Od 26 lat jestem praktykiem storytellingu: zrobiłam setkę filmów nagradzanych na całym świecie i uczę sztuki opowiadania. Ostatnio w mojej Mistrzowskiej Szkole Storytellingu Biznesowego. Najbardziej lubię tę nutkę zaskoczenia, kiedy moi klienci piszą w mailach: "Monika, ten storytelling naprawdę działa!"


Dołącz do dyskusji: