Marzenia są mądrzejsze od ludzi, mówią Indianie Omaha


Monika Górska | 14 listopada 2019

Chcesz posłuchać, co było dalej?

Jeśli nie masz pojęcia, o czym mówię, to pewnie ominął Cię mój poprzedni wpis.

Zajrzyj do niego i przeczytaj pierwszy fragment najbardziej nieperfekcyjnej książki na świecie. A potem wróć tu do mnie, bo dzisiaj wybrałam dla Ciebie opowieść o cennej lekcji, jednej z 12, jakich udzielił mi Wielki Kanion.

—————————————————————————————————————

I wreszcie przyszedł ten dzień, kiedy miało się spełnić to moje ostatnie – najważniejsze marzenie. Dzisiaj zobaczę Wielki Kanion. Czekałam na to 25 lat.

Tego dnia zadziałały wszystkie prawa Murphy’ego. I wszystko poszło nie tak. Jak kromka chleba, która spadając, zawsze spadnie posmarowaną stroną do dołu.

Zaczęło się od tego, że rano, o siódmej, miał po mnie przyjechać samochód z biura podróży. Już wieczorem spakowałam i rozdzieliłam rzeczy. Część do głównego bagażu, część do małego plecaczka, nie za wiele, żeby był poręczny. Intuicja podpowiada mi, żeby włożyć do niego także legginsy. Tam było trzydzieści pięć stopni, upał. Ale jedziemy w klimatyzowanym samochodzie. Mogę zmarznąć.

– Zabrać te legginsy, czy nie? Ale nie, bez przesady. Jakoś dam radę.

Zostawiam je w walizce i tylko biorę najważniejsze rzeczy. Paszport, jakieś pieniądze. Już tam niewiele ich jest. No i taka podekscytowana idę do recepcji. Przyjechali po mnie. Daję boyowi hotelowemu mój bagaż. On się pięknie do mnie uśmiecha. Ja cała zadowolona, daję mu jakiś napiwek, jeszcze tylko oddaję klucze i wsiadłam do samochodu. Jedziemy.

Bardzo szybko jesteśmy już na pustyni. Pustynia Arizony to jest ta pustynia, którą znasz z rozmaitych obrazków z Dzikiego Zachodu. Z tymi charakterystycznymi kaktusami saguaro. One rosną tylko tam. Wyjątkowo jest bardzo zielona. Normalnie o tej porze roku – czyli w połowie października – już powinno być sucho. Ale ponieważ było dosyć dużo opadów, więc rzeczywiście ta pustynia żyje. Przepięknie!

Naszym kierowcą i przewodnikiem jest potężny mężczyzna, o pięknych czarnych włosach jeszcze dłuższych niż moje. Z kitką. Ma na imię Prinsley. Wygląda na Indianina, ale okazało się, że jest ze Sri Lanki. I zaczynamy rozmawiać o fotografowaniu, jakie ważne jest odpowiednie światło. Ja doradzam, żeby fotografować o poranku i o zachodzie słońca, bo wtedy piękniejsze są zdjęcia. A on tylko na mnie uważnie patrzy i mówi:

– To prawda. Ale dlaczego?

– A dlatego – nakręcam się – że temperatura kolorów zmienia się w zależności od pory dnia. Rano i wieczorem mamy temperaturę kolorów – rozglądam się, czy ktoś w ogóle rozumie, o czym mówię, ale brnę dalej. – 3600 stopni Kelvina daje tą przyjemną, ciepłą barwę pomarańczową. Im słońce wyżej, zwłaszcza w środku dnia, temperatura wzrasta nawet do 5600 K i te kolory robią się takie niebieskie, zimne. I po prostu te zdjęcia nie są już takie piękne.

Nasz przewodnik patrzy, kiwa głową… I pyta:

– Ale dlaczego jeszcze?

– No dlaczego jeszcze, dlaczego jeszcze? – czuję się jak na egzaminie. – Dlatego, że oczywiście rzeźba się zmienia, mamy cienie, nie jest płasko.

Widzę błysk uznania w jego oczach:

– Właśnie. Wtedy nie jest płasko.

– Uff. Zdałam!

Potem się dowiedziałam, że Prinsley jest fotografem National Geographic i stałym fotografem w Kanionie.

Jedziemy dalej. Ja już cała taka podjarana, tak się cieszę. Już buzia mi się śmieje. I on pięknie opowiada o wszystkim, ma olbrzymią wiedzę. I mówi:

– Wiecie, czytałem dzisiaj prognozę pogody. W Phoenix jest dzisiaj bardzo gorąco, ale w Wielkim Kanionie już mrozi i w nocy był już przymrozek.

I patrzy na mnie, ja siedzę koło niego – w szortach, w koszulce. No, miałam polar na szczęście, ale generalnie byłam bardzo lekko ubrana. I pyta:

– Ale masz coś cieplejszego ze sobą?

– Oczywiście, że mam. Z tyłu.

– Aha, no to dobrze.

No i jedziemy, jedziemy. Zatrzymujemy się na kilka minut właśnie w Sedonie, gdzie te piękne, czerwone skały. Jedna przypomina Lorda Vadera, inna płaczącego Geronimo, jeszcze inna wygląda zupełnie jak Snoopy, który leży na boku. Jestem zła na siebie:

– Kurczę, dlaczego ja tutaj nie jestem na dłużej?

Podobno są tu jakieś magiczne moce, punkty kosmicznej energii. Znowu energia, która gdzieś tam ze skał się unosi, jak kiedyś w Grzybnicy… Tutaj co chwilę jakiś napis „Czytam z ręki”, „Czytam z myśli”, kolorowe symbole. Oaza hippisów i New Age. Grupa rozchodzi się po okolicznych sklepach. Ja idę na tył samochodu. Widzę tylko tylne siedzenia. Zero bagażnika. A gdzie jest mój bagaż?

– Princely, wiesz gdzie jest ta moja walizka, którą boy hotelowy wniósł?

– Jaka walizka?

– No przecież on ładował ją chyba do samochodu.

– Ale przecież chyba mówili pani, że można tylko mały plecak zabrać. My tutaj nie mamy miejsca na większy bagaż.

No tak, jadę do Wielkiego Kanionu, tam mrozi. Ja w sandałkach i w krótkich spodenkach. Taka Górska.

– Jak na Górską to się naprawdę nieźle sprawiłaś. Bez spodni, bez szczoteczki do zębów, bez karty, bez niczego. Grrrr… wyzłośliwia się mój rozum… zawsze można na niego liczyć.

Bagaż został w hotelu. I potem myślę, że boy faktycznie dał mi takie karteczki z numerem, a ja je właśnie przed chwilą wyrzuciłam do kosza na śmieci. Bo po co mi te karteczki? No więc w te pędy do kosza. Zaczynam w nim grzebać. Bezdomna z Polski, nie? Może gdzieś tam jeszcze je znajdę. W końcu udaje mi się. Są pod skórką od banana:

– Dobrze, karteczki mam. Teraz co z tym bagażem? Czy ktoś mi go może przywieźć? Co dalej?

– No ja już na pewno nie zawrócę. Przykro mi.

Już byliśmy dwie godziny drogi z Phoenix.

– No nie wiem, co mam pani powiedzieć?

Kurczę, Górska się nie poddaje. Wymyślę coś. Może mi tam w hotelu ktoś pożyczy. Wyobrażałam sobie, że to taki mały hotelik, z pryczami jak w schronisku.

– Dobra, poproszę kogoś. Przecież ktoś tam jakieś dodatkowe legginsy będzie miał, albo coś ciepłego.

A on mówi:

– Wiesz co? Tam są sklepy, to możesz sobie coś kupić.

– No fajnie, ledwo co zostało mi pieniędzy i jeszcze sobie będę spodnie kupować. Ale dobra, nieważne. Jakoś się to rozwiąże. A ja dostaję lekcję trzecią: Nie przypuszczaj, sprawdź.

cdn.

PS. Gdyby Ciebie teraz przypadkiem naszła ochota, żeby sprawdzić ceny kursów online w moim sklepie, to, oczywiście możesz to zrobić, ale odradzam Ci kupowanie! Przynajmniej przez najbliższe dwa tygodnie. Szykuję wyjątkową imprezę urodzinową i z tej okazji będzie dużo niespodzianek!

Podziel się tym wpisem:
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin

Jestem jak znaczek pocztowy. Trzymam się jednej rzeczy w drodze do celu. Ta jedna rzecz to opowieści. Mój cel: nauczyć przedsiębiorców tak opowiadać, żeby ich biznesy i życie stawały się jak najlepszą fabułą. Taką na Oscara. Od 26 lat jestem praktykiem storytellingu: zrobiłam setkę filmów nagradzanych na całym świecie i uczę sztuki opowiadania. Ostatnio w mojej Mistrzowskiej Szkole Storytellingu Biznesowego. Najbardziej lubię tę nutkę zaskoczenia, kiedy moi klienci piszą w mailach: "Monika, ten storytelling naprawdę działa!"


Dołącz do dyskusji: