Życie, ma dobre strony. Wystarczy przekartkować te złe.


Monika Górska | 10 czerwca 2021

– Urwałaś w najciekawszym miejscu, napisał mi po ostatnim fragmencie książki mój wierny Patron Antoni 🙂 

Chcesz posłuchać co było dalej?

Tylko za jaką cenę? Jean-Louis, mój narzeczony, który robił zdjęcia do „Whartona” nie chciał mieszkać w Polsce… Biłam się z myślami. Co zrobić?

Zaproponowałam mu, żeby przeprowadził się ze mną do Polski na rok, a potem zdecydujemy, gdzie będziemy mieszkać. Mógłby ze mną pracować dla TVP. “Wharton” otworzył nam szeroko drzwi.

Nie chciał. – Polska jest taka szara. 

Trudno mi było przełknąć tę gorzką pigułkę, ale Opatrzność czuwała. Dostałam propozycję pracy w humanitarnej organizacji, dla której już wcześniej razem zrobiliśmy serię filmów. Jean-Louis miał być tam operatorem i montażystą, ja reżyserem. Propozycja jak z marzeń! Wreszcie mogłabym wrócić na pełen etat do tego, co kocham najbardziej – robienia filmów. I bylibyśmy razem, w malowniczym miasteczku Königstein, koło Frankfurtu.

Nie chciał. – W Niemczech? Wszędzie, tylko nie tam.

Czułam, że doszliśmy do ściany. Jean-Louis był jednym z najcudowniejszych mężczyzn, jakich spotkałam w życiu. Wymarzony do bycia nie tylko od święta, ale i “na co dzień”.

Opiekuńczy, kreatywny, świetnie zorganizowany, wszystko umiał zrobić, nawet wyciągnąć mnie na spacer i przekonać do biegania, kiedy nie miałam na to najmniejszej ochoty, ślęcząc nad scenariuszem. 

A jak on fantastycznie gotował!

Tylko co zrobić z tym silnym wewnętrznym poczuciem, że skoro dostałam dwa stypendia i taką szansę, żeby się nauczyć fachu za granicą, muszę to jakoś oddać Polsce i współtworzyć naszą niezależną telewizję.

Ale Belgia też stała się moim drugim domem… mam go teraz zostawić?

Pamiętam tamtą naszą rozmowę. Płakaliśmy obydwoje. Potem Jean-Louis, jak to Jean-Louis, mimo bólu, pomógł mi spakować moje rzeczy i przywiózł mnie do Poznania.

Do dziś widzę, jak odjeżdża swoim granatowym Peugeotem z ulicy przed moim domem…

Był czerwiec 1997. Jeszcze w tym samym tygodniu podpisałam umowę w TVP i zaczęłam swój pierwszy reportaż dla Dwójki. W rolach głównych Goran Bregović i jego Wedding and Funeral Band, którzy przyjechali do Poznania na koncert wieńczący Festiwal Teatralny Malta. Reportaż kończył się na momencie, kiedy Goran wchodził na scenę ustawioną nad samym jeziorem maltańskim. Sam koncert kręcili moi nowi koledzy z TVP. Publiczność szalała. Co to była za energia!

A ja… zmęczona i bardzo szczęśliwa pożegnałam się z ekipą i pod samą sceną ruszyłam w dzikie tany 🙂 Niewiele osób dziś pamięta, że robiłam „Czas Gorana”, ale do dzisiaj czasem słyszę – Właśnie oglądam na YouTube „Kałasznikowa” z Malty! Czy to nie ty tak tam tańczysz?

Tydzień intensywnej pracy, z półtora milionową widownią – a z drugiej strony tylko kilkadziesiąt sekund na ekranie i 29 milionów odsłon. Szkło zawsze wygra 🙂  Taki to los reżysera. A może raczej ironia losu?

Jedno jest pewne. Nie zamieniłabym tego scenariusza na żaden inny! Od tamtej pory przez 14 lat robiłam na wszystkie anteny TVP film za filmem.

A gdybym nie posłuchała tego wewnętrznego impulsu, który mi podpowiadał, by na totalnego wariata pojechać do Paryża? Gdzie bym dziś była?

Czy robiłabym filmy?

Czy czułabym, że żyję pełnią życia i robię to, co kocham robić najbardziej na świecie?

Jakie tam jeszcze niezwykłe scenariusze na mnie czekały? 

Wierzę, że wybrałam ten najlepszy. Miejsce największego dobra.

Różnie potem bywało z tymi scenariuszami. Miejsce największego dobra nie oznacza, że jest wolne od cierpień.

– Górska, nie narzekaj, że masz pod górkę, gdy idziesz na szczyt – pocieszam się, gdy czasem łzy napływają mi do oczu, a zadyszka odbiera mi mowę. Nawet, gdy nie ruszam się sprzed biurka.

W czasach, kiedy moim jedynym środkiem transportu był wózek inwalidzki, ta wspinaczka jakoś mniej przerażała. Miałam wrażenie, że mogę góry przenosić. I naprawdę – z Bożą i ludzką pomocą przenosiłam! Potem, z każdym rokiem robi się wokół mnie coraz gęściej… coraz ciężej.

Aż mój syn, Tymoteusz mówi do mnie kiedyś – Mamo, Ty to zupełnie jak ten Hiob. 

Podziwiam z jaką cierpliwością potrafił odpierać ataki swoich przyjaciół, którzy zamiast go pocieszać, za wszelką cenę starali się mu dowieść, że to z jego winy spadły na niego wszystkie te nieszczęścia. A on, przyjmował wszystkie klęski z pokorą, ale nie zwracał się ani przeciwko Bogu, który je dopuścił, ani – w poczuciu winy – przeciwko sobie.

A ja? Dużo mi czasu zajęło, żeby do tego dorosnąć. Całe życie byłam pierwsza, żeby rzucić w siebie kamieniem i powiedzieć – widocznie sobie zasłużyłam.

I w sumie to racja. Zasłużyłam sobie! 

Ale wiesz na co? Na to, żeby dostać kolejną scenę z Boskiego Scenariusza i kolejną szansę, by wybrać rolę, której sama bym sobie nie wymyśliła. 

Hiobowe próby są zawsze i zawsze będą! Mam wrażenie, że Pan Bóg stopniowo, kawałek po kawałku bada na ile oddaję mu siebie. Zaczął delikatnie – od mojego stylu życia, spędzania wolnego czasu. Kasował moje plany, a podsuwał zupełnie inne. Potem moja praca – i moja firma, Fabryka Opowieści. Tu zaczynało się już robić grubo. Na hiobowej skali cierpienia czasem aż brakowało podziałki. Jak wtedy, kiedy zastanawiałam się, czy będę musiała zamknąć firmę, bo koszty pochłaniały cały zysk i przez kilka miesięcy nie wypłacałam sobie pensji.

Ale… zawsze może być przecież jeszcze trudniej… kiedyś Ci o tym napiszę. Teraz jeszcze za bardzo boli…

Ile razy błagałam Boga, żeby odsunął ode mnie ten kielich, że już wystarczy tych prób, że przecież widzi, że jestem cała Jego i nawet, jeśli się potknę, to cały czas idę z Nim… 

Dopiero niedawno, zrozumiałam, że to jest kolejne pytanie do mnie. Jezus, na swój sposób pyta: czy kochasz mnie bardziej? Bardziej, niż to, co wypełnia teraz Twoje życie? Czy wierzysz, że moja miłość do Ciebie poradzi sobie z każdym Twoim lękiem? Czy zaufasz mi, że w każdej chwili twoja pustynia może zmienić się w winnicę, a te suche badyle mogą obrodzić latoroślami? 

Jak inaczej Pan Bóg może sprawdzić, że tak na serio oddaję Mu stery i ufam Mu całkowicie, że scenariusz, który dla mnie napisał jest prawdziwym Arcydziełem? 

Cdn.

Napisz mi proszę, jak Ci się czyta? I jak jest u Ciebie? Jak sobie radzisz, kiedy na Ciebie przychodzi Hiobowa próba?

Podziel się tym wpisem:
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin

Jestem jak znaczek pocztowy. Trzymam się jednej rzeczy w drodze do celu. Ta jedna rzecz to opowieści. Mój cel: nauczyć przedsiębiorców tak opowiadać, żeby ich biznesy i życie stawały się jak najlepszą fabułą. Taką na Oscara. Od 26 lat jestem praktykiem storytellingu: zrobiłam setkę filmów nagradzanych na całym świecie i uczę sztuki opowiadania. Ostatnio w mojej Mistrzowskiej Szkole Storytellingu Biznesowego. Najbardziej lubię tę nutkę zaskoczenia, kiedy moi klienci piszą w mailach: "Monika, ten storytelling naprawdę działa!"


Dołącz do dyskusji: