On pokochał ją. A ona Jego…


Monika Górska | 23 września 2021

Tego scenariusza by sami sobie nie wymyślili.

On pokochał ją.

A ona jego.

Ona, studentka dziennikarstwa, socjalistka, poetka. Ma pięć imion. Pochodzi z narodu Am Ha-Sefer. Ludzi Księgi, jak nazywali siebie Żydzi.

Kiedy się poznają, nazywa się Bronka. Bronka Wajngold.

On, student polonistyki. Swój pierwszy wiersz publikuje, kiedy ma 16 lat. Ostatni, Veni Sancte Spiritus, pisze, kiedy ma 27. Jerzy Liebert żegna się w nim prośbą:

“Nie daj, bym precz szedł darmo stąd. Bo chcę, byś na mnie, gołąb — spadł.”

Inni poeci porównują go do Norwida i Sępa-Szarzyńskiego.

Z Bronką poznają się na wieczorku poezji. On ma 18 lat. Ona 20.
On czyta swoje wiersze. Podobno i ona czyta kilka swoich.

Połączyła ich poezja.

I przyjaźń.

Miłość przychodzi nieoczekiwanie.

Wierzy, że na zawsze. Odwiedza ją codziennie, choć na chwilę, w jej mieszkaniu w Warszawie.

Nie mogą się sobą nacieszyć. Mówią o tym samym, podobnym językiem. Pożyczają od siebie nawet fragmenty swoich wierszy. Ich dialog przechodzi w poezję, a poezja w dialog.

Wierzą, że kiedyś pójdą wspólną drogą, że razem zamieszkają.

Tęskno mi bardzo za Tobą – napisze potem do niej – i jednak nic nie jest w stanie tej pustki zapełnić. Jest coś niedokończonego w życiu moim bez Ciebie. Mam wrażenie, że okradamy się ze siebie nawzajem.

A potem jedna książka, pożyczona od znajomej z „Kółka” ks. Korniłowicza w Laskach, całkowicie odmienia ich życie.

Wspólnie czytają „Przeświadczenia wiary” kiedyś anglikanina, potem katolickiego kardynała i filozofa bł. J. H. Newmana.

Bronka odkrywa w tej książce, że jest coś więcej niż tylko świat widzialny. I że jest w nim Jezus. Więcej niż człowiek.

I ona chce teraz czegoś więcej.

18 czerwca 1925 roku w kaplicy przy kościele Świętego Krzyża zostaje ochrzczona. I dostaje nowe imię – Agnieszka.

Następnego dnia jest bierzmowana.

Już kolejnego musi wyjechać na ponad rok do swojej rodziny do Cammazou we Francji, by pomóc szwagrowi w prowadzeniu domu.

Rozstanie boli, ale jeszcze bardziej zacieśnia ich więzy.

Czy przeczuwają, co się wkrótce wydarzy?

Jerzy, dzięki tej książce i nawróceniu swojej ukochanej, przeżywa całkowitę metanoię. Po wielu latach wraca na nowo do praktyk religijnych, odtąd szukając już tylko rozumem – prawdy, a swoją wolą – dobra.

I tylko ta tęsknota za Agnieszką, którą w listach i erotykach nazywa często Anną. Pisze do niej niemal codziennie listy.

O tym, jak pełne miłości były jej listy do niego, dowiadujemy się tylko z odpowiedzi Jerzego. Bo ona później spali swoje.

6 VII 1925 r.

[…] Anusie kochana, i ja wiem i wierzę, że w miłości naszej listy będą naszą potrzebą, ale nie koniecznością. Ale w tej chwili czuję się tak smutnym i słabym, że listy Twoje, a moje odpowiedzi, wy­dają mi się koniecznymi. Ty sama czujesz to dobrze i wiesz, w jakim stanie mnie opuściłaś.

Może właśnie w tej chwili obecność Twoja byłaby dla mnie ulgą wielką, z drugiej jednak strony cieszę się, bo przez to oddalenie ufność moja w Ciebie wzrasta.

Każdy uczynek czeka Twego osądzenia, a dobroć Twoja jak cień, im dalej jesteś, tym mocniej mnie osłania.

Warszawa, najmilsza moja, pusta i nudna jest bez Ciebie, a nie chciałbym tej pustki wypełniać wspomnieniami, bo wiem, że miłość nasza jest żywą i nie ma chwili, w której nie byli­byśmy razem.

3 IX 1925 r.
[…] Mój przyjacielu, czyż nie jestem naprawdę Twój, całym sercem, którego praca idzie ku chwale Boga, mojemu pożytkowi a Twojej radości, całą duszą, nad którą czuwasz modlitwą?

Kocham Cię coraz moc­niej, a wiele rzeczy, których nie rozumiałem, a które mogły się stać jakąkolwiek przeszkodą między nami, usunęły się dzisiaj już wszystkie w cień. […]

Piszesz, najdroższa, że miłość nasza dana jest od Boga i myślę sobie, jak Bóg łaskawie patrzy na nią i jak uśmiecha się widząc nasze nie­pokoje, nasze słowa kapryśne, wyrzuty i upomnienia.

Ani Ty, ani ja nie zdajemy sobie sprawy, jak lepiej od nas Bóg wszedł pomię­dzy nas i lepiej umie nasze bogactwa, jakie mamy dla siebie. Czyż nie jest tak, Agnieszko?

[…] Może i słusznie przypuszczasz, że nie pisząc o sobie, o tym, czego Ty pragniesz, twarde mam serce.

Ja jeszcze do tej pory nie mam owej prostoty słów, którymi można najgłębsze rzeczy przed Tobą odkrywać. Zawsze z pewną wstydliwością mówię o tym wszystkim. […]

Niech Cię nie bolą niektóre moje zdania. Pisze je moja ciemna ręka, która się buntuje przeciwko tej drugiej, w której trzymam moje serce.

Chwilami widzę je tak gorąco przejęte pragnieniem wiary, że modlę się, by nazajutrz nie zaćmiła je jaka nowa chmura, a jed­nak ta chmura przychodzi. A jednak te serdeczne próby pozwalają mi iść niedaleko za Tobą. […]

Jednak kiedy Agnieszka jest we Francji, zdarza się jeszcze coś.

Pewnego marcowego dnia, w 1926 roku wchodzi do kościoła, o niczym jeszcze nie myśląc. I nagle pojawia w się w niej przedziwne pragnienie.

Mówi do siebie: – ale przecież ja tego nie chcę.

A potem nagle: – nie, już to chcę.

Kiedy ukochana Agnieszka wraca z Francji, nie wraca już do Jerzego.

Idzie za inną swoją wielką miłością. Dostaje nowe imię. Miriam. Ma 24 lata.

Siostra Miriam od Kościoła Bożego, w Zgromadzeniu Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża w Laskach.

W postulacie zostaje sekretarką, lektorką i przewodniczką niewidomej założycielki zgromadzenia, ostatnio beatyfikowanej Matki Elżbiety Róży Czackiej.

Jerzy rozumie. Szanuje jej decyzję. Stara się ukrywać swoją rozpacz przed nią i nawet przed samym sobą. Powoli usuwa się na bok. Choć nadal pisze do niej:

Będzie tak, jak chce Pan Jezus – choć On widzi, że te słowa więcej mnie kosztowały, niż przypuszczałem. […] co będzie ze mną i jakimi drogami zechce mnie Bóg poprowadzić? Dlaczego myśląc o Twoim postanowieniu widzę tylko rozłączenie, a nie nasze spotkanie w Panu Jezusie?

Z czasem coraz mniej rozumie. Jest jedną wielką tęsknotą. Milczy i buntuje się na przemian.

Ma 24 lata, kiedy pisze do niej ostatni list.

A ona?

Sam nie wie.

Ona milczy.

Najgorszą rzeczą w cierpieniach jest wyobraźnia. Staram się ją usuwać modlitwą. – Pisze do innej już Marii, którą poznaje na autostopie.

I nagle jego pustka i coraz większa tęsknota zostają w pół drogi ukojone.

Choć w ramionach Marii Leszczyńskiej okaże się, że tak naprawdę jedną rozpacz zastępuje drugą.

Ale to już temat na osobną historię.

Czy nadal budzi go w nocy łza, która wolno toczy się po policzku, kiedy marzy o czymś, czego nie było?

Czy wspomina o tym, co Agnieszka szeptała mu swymi dłońmi. Czulej niż słowami?

Czy jeszcze czuje, jak otula go swym dobrym spojrzeniem jak szalem, pod którym może się bezpiecznie schronić?

Czy wie o jej burzy, zamęcie i ciemności, które przeżywa w zakonie. O jej lęku i niepewności, o której wiedziało tak niewielu?

Pierwsze śluby jego Agnieszka składa w styczniu 1930 r.

Jerzy umiera na gruźlicze zapalenie opon mózgowych półtora roku później, w czerwcu 1931. Ma 27 lat.

Jego trzeci tomik poezji „Kołysanka Jodłowa” ukaże się w kolejnym roku. Będzie tam wiersz Agnieszki „Modlitwa”.

I nikt nawet nie zauważy, że to nie jego. Jakby do końca mówili jednym głosem.

A ona, w 1933 r. napisze „TAK”, wiersz o wyborze, który tak rymuje się z jego „Jeźdźcem”:

W stukaniu drzwi, w tupocie nóg,
Wśród gwaru słów, w zamęcie spraw,
Najsłabsza z słabych Twoich sług
Najtwardsze wciąż powtarzam: tak.

W czasie wojny, by ocalić swe życie, siostra Miriam Wajngold staje się s.Marią Gołębiowską.

Po wojnie charyzmat „mateńki Czackiej” i słynny słodki uśmiech siostry Marii, przyciąga do Lasek pisarzy, filozofów, naukowców i opozycjonistów. Jest wśród nich Tadeusz Mazowiecki, wieloletni przyjaciel s.Marii.

Jak opowiadał ks. Fedorowicz w swoim kazaniu, kiedy s.Maria była przełożoną zgromadzenia, przyszedł do klasztoru żebrak. Gdy zobaczyła, że jedna z sióstr byle jak podała mu jedzenie, upomniała ją:

– Trzeba mu dać tak, jak się biskupowi podaje.

Bronisława, Agnieszka, Anna, Miriam, Maria umiera 53 lata po śmierci Lieberta, w 1984 r. Ma 82 lata.

Czy myślała o nim przez te wszystkie lata i w swojej ostatniej godzinie?

Czy kiedyś żałowała, że poszła jednak tą drogą?

Czy czuła czasem na sobie jego spojrzenie, nabrzmiałe od niewypowiedzianych słów?

Czy jej ciało pamiętało jeszcze jego mocne dłonie wędrujące kiedyś po niej, jakby chciały zapamiętać każdy centymetr drogi?

Czy czuła czasem galop jego serca na swojej piersi, schowana w jego silnych ramionach, którymi potrafił zatrzymać czas?

Czy widziała go nieraz w swoich snach, a na jawie nie musiała patrzeć na zdjęcie, żeby zobaczyć jego twarz?

Wierzę, że Jerzy i Maria już to teraz wiedzą.

Że stracili wiarę.

Bo spotkali się znowu. Twarzą w twarz.

Tam, gdzie nie ma czasu.

W krainie Słowa, które ich kiedyś połączyło.

I które jedno ma imię.

Miłość.

PS. Mój syn Tymoteusz mówi mi ciągle – mamo, Ty jesteś taka dobra w tym storytellingu!
To kiedy znowu zrobisz film? Może wreszcie jakąś fabułę?

On się chyba zmówił z operatorem moich dokumentów, Rafałem Jerzakiem, który ciągle mnie pytał o to samo 🙂

I wiesz, co… tak sobie myślę… Czyżbym właśnie zaczęła robić film?

Ale ja przecież tylko pisałam do Ciebie, jak co wtorek, list…

No sama bym sobie tego nie wymyśliła 🙂

A tymczasem mój syn zrobił swój film. W niedzielę ma kinową przedpremierę, a w środę premiera w Internecie. Napiszę Ci o tym więcej za tydzień. A tymczasem… trzymaj kciuki! i pomódl się, proszę, za niego 🙂

Źródła:
Monika Górska, Lieberta Spotkania z Biblią, praca magisterską pod kier. prof.Jerzego Ziomka, Katedra Teorii Literatury, Wydział Filologii Polskiej i Klasycznej UAM, 1989

oraz

Elżbieta Przybył-Sadowska, Słodki uśmiech siostry Marii z Lasek (S. Maria Bronisława od Kościoła Bożego Gołębiowska – Miriam Wajngold), “Konteksty Kultur”y 2017/14, z. 3, s. 285–304.

Cytaty z listów Lieberta:

Jerzy Liebert, Mądrość, co zwie się miłość
https://bazhum.muzhp.pl/media/files/Teksty_teoria_literatury_krytyka_interpretacja/Teksty_teoria_literatury_krytyka_interpretacja-r1974-t-n2_(14)/Teksty_teoria_literatury_krytyka_interpretacja-r1974-t-n2_(14)-s181-192/Teksty_teoria_literatury_krytyka_interpretacja-r1974-t-n2_(14)-s181-192.pdf

Podziel się tym wpisem:
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin

Jestem jak znaczek pocztowy. Trzymam się jednej rzeczy w drodze do celu. Ta jedna rzecz to opowieści. Mój cel: nauczyć przedsiębiorców tak opowiadać, żeby ich biznesy i życie stawały się jak najlepszą fabułą. Taką na Oscara. Od 26 lat jestem praktykiem storytellingu: zrobiłam setkę filmów nagradzanych na całym świecie i uczę sztuki opowiadania. Ostatnio w mojej Mistrzowskiej Szkole Storytellingu Biznesowego. Najbardziej lubię tę nutkę zaskoczenia, kiedy moi klienci piszą w mailach: "Monika, ten storytelling naprawdę działa!"


Dołącz do dyskusji: