Kim bym była dzisiaj, gdyby nie on?


Monika Górska | 21 grudnia 2021

6 rano? Ale kto w zimie wstanie na szóstą?

No to Ojciec Jan zaproponował, żeby roraty odprawiać o trzeciej nad ranem. Matki podniosły lament i zaczęły wydzwaniać do klasztoru. – Kto to widział! – krzyczały do słuchawki. Stanęło ostatecznie na godzinie szóstej. I nagle wszyscy byli zadowoleni.

Aż przyszedł poniedziałek, 21 grudnia. Cztery dni przed Bożym Narodzeniem 2015 r. Zapiecek, czyli Kaplica u Pana Boga za Piecem przerobiona przez Ojca Jana z dawnej piwnicy klasztoru Dominikanów w Poznaniu. Półmrok, mała lampka oliwna na ołtarzu. Trwają roraty, msza św. o Matce Bożej, jak co roku od 38 lat, odprawiana codziennie w Adwencie przez Ojca Górę.

Dzisiaj kazanie jest krótkie. Ojciec Jan mówi: 

– Z każdym dniem Pan Jezus staje się coraz bardziej widoczny w ewangeliach. Wyłania się Jego kształt. Jak u rzeźbiarza, który za każdym pociągnięciem dłuta w marmurze widzi coraz wyraźniej, ostateczny kształt swojego dzieła. Tak samo jest z Chrystusem. Jest coraz bliżej nas. Niebawem nadejdzie…

Potem Modlitwa Powszechna. Naprzeciw stoi Gosia zwana Baletnicą, która skrzyknęła na dzisiejsze roraty swoje „kółeczko różańcowe”. To kilka osób, które z pomysłu Ojca Jana modlą się wspólnie różańcem już od 30 lat. Pamiętam dwie ostatnie intencje: 

– Módlmy się za wszystkich ludzi dobrej woli, którzy wspierają lednickie dzieło, by nigdy tego nie żałowali. – A potem Góra patrzy jej prosto w oczy i mówi:

– Za chorych. Nagle Gosia ma oczy pełne łez. Obydwoje wiedzą dlaczego.  – To niesamowite, że ciągle o mnie się troszczysz. Jesteś naprawdę ojcem…

Przechodząc do ołtarza Ojciec Jan dorzuca swoim zwyczajem „update lednicki”, który tak potrafił męczyć osoby mniej związane z Lednicą. – Rozmawiałem dziś z księdzem Ptasznikiem z Rzymu, w sprawie dedykacji papieża Franciszka na biblii dla młodych na Lednicy. – Próbuj, Janie, próbuj! Jak nie będziesz próbował, to nie będziesz wiedział – powiedział mi. Tyle miłości i dobra Jezus daje przez ludzi. To wielkie rzeczy, wielkie rzeczy.

To były jego ostatnie słowa do nich.

Kiedy zaintonował Sanctus, na tę samą melodię chorału gregoriańskiego, którą kolejne pokolenia dominikańskie śpiewały na roratach od 30 lat, szepnął Eli Drożniewicz ”Śpiewajcie dalej, ja muszę na chwilę wyjść, a ty tu wszystkiego pilnuj”. Ucałował ołtarz i wyszedł dziarskim krokiem, jakby go wzywano. Na ołtarzu został kielich i patena z chlebem, który za chwilę miał się stać w jego rękach Chrystusem. I lampka oliwna, która nagle zaczęła dymić, jak kadzidło w rękach Roberta.

W czasach duszpasterskich Ojciec Jan był dla Roberta, dla mnie, i dla tylu i innych po prostu ojcem. Tak potrzebnym w tylu domach. Później stał się kimś więcej. Tak potrzebnym w naszym kościele, Ojcem radosnego chrześcijaństwa, którym promieniował z Lednicy na Polskę i świat.

A przecież nas nie chciał, kiedy zapukał z płaczem do okienka na furcie w 1977 r.  Chudy zakonnik z orlim nosem, góral z Prudnika. Właśnie coś mu wpadło w pociągu do oka. Miał do napisania doktorat, a przydzielili go do duszpasterstwa młodzieży szkół średnich.   Wierzył, że zabawi tu krótko, tylko tyle, ile będzie potrzeba czasu, żeby zamknąć duszpasterstwo, odziedziczone wbrew swojej woli po Ojcu Piusie. Ile mógł, siedział w swojej celi, czytał książki i pisał. Na spotkania do młodzieży schodził rzadko i tylko na ich wyraźne życzenie.

Aż przyszedł grudzień i wtedy po raz  pierwszy zbuntowany ojciec zaproponował coś od siebie. – Zróbmy roraty. Tylko co zaśpiewamy? Wtedy w duszpasterstwie śpiewało się popularne piosenki o kapliczce, Pani Jasnowłosej i matce, która wszystko rozumie.

Jaś Gołaski zwany Januarym, ze swoim młodszym bratem Wojtkiem, później Dominikaniem, byli wychowankami chóru Stuligrosza. Zaczęli więc wertować śpiewnik Siedleckiego w poszukiwaniu stosownych pieśni. Ich pierwszy śpiewnik roratni, powielany domowym sposobem, miał 16 stron. Z każdym rokiem ich przybywało, aż się  nasycił pieśniami. Ten z 1993 r. jest używany do dzisiaj. Nad przygotowaniem rorat, pracowało się, jak to u Ojca Jana – strategicznie. „Roraty nie zrobią się same”. Schola Januarego razem z Ojcem zaczynała zaraz po Bożym Narodzeniu, później była była przerwa na przygotowania do Lednicy i wracano do pracy nad roratami już od września.

Kiedy po raz pierwszy, 27 listopada 1977 o godzinie 6 rano Ojciec Jan zaintonował w kościele „Spuście nam na ziemskie niwy…” pieśń podjął chórek kilkunastu głosów. W prezbiterium siadało ośmioro, czasem dziesięcioro licealistów. Przez kolejne lata z trudem łączyliśmy ręce „na Baranku Boży”, żeby otoczyć ołtarz. Nikt nie znał wszystkich zwrotek adwentowych pieśni. Na szczęście w kościele byli też nieliczni stali bywalcy mszy św. o 6 rano i oni wspierali młodzież śpiewem. Od samego początku roraty były wielopokoleniowe i  Ojciec Jan, który z rorat uczynił lekcję tradycji, miał „w tych starych” oparcie. To oni byli pierwszą scholą.

Od początku msze św. O. Jana były dla tych, co lubili śpiewać. A ojciec Jan do końca swoich dni pilnował, żeby schola nie dawała popisów solowych, ale żeby prowadziła śpiewy ludzi. Kiedy nawy milkły, Ojciec Jan ponaglał ich: – Coś zróbcie, bo kościół nie śpiewa.

I pomyśleć, że to ten sam Jan Góra, którego nie chcieli przyjąć do żadnego chóru, nawet ministrantów. Zakompleksiony, odrzucony, zrozpaczony, że nie umie śpiewać. I który cudem dostał się do szkoły muzycznej tylko dlatego, że miał w domu klarnet po ojcu. I jeszcze większym cudem tę szkołę skończył, choć jego profesor nie dawał mu szans.

– Proszę pana, z niego żaden muzyk nie będzie, on po prostu nie słyszy, mówił do jego ojca, Stanisława. 15-letni Jan nie dał za wygraną, robił tyle, ile tylko mógł, a resztę zawierzył Matce Bożej. To była jego recepta na sukces.

–  Z łaską trzeba współpracować – do dzisiaj brzmi mi w uszach jego tubalny głos.

Ojciec Jan tylko czasem wspominał o swoich różnych upokorzeniach. Kąciki ust mu się wtedy wyginały w taki charakterystyczny sposób, jakby wydmuchiwał dym z papierosa. Jak wtedy, kiedy przestał być Duszpasterzem Akademickim. Albo wtedy, kiedy zostawiał „swoje roraty” o 6 rano w głównym kościele i zaczynał je z garstką wiernych przyjaciół odprawiać o 6 wieczorem, w Kaplicy u Pana Boga za piecem. A jednak potrafił powiedzieć – Wszystko co mam, lub czym się cieszę, otrzymałem w darze. Jedynie upokorzenie, jest moją własnością, z którą mogę zrobić co zechcę… – na przykład ofiarować Panu.

Krzysztof Globisz, który zagrał O. Jana w “Góra Góry”, spektalu Teatru TV, który realizowaliśmy na Jamnej w 2007 tak świetnie naśladował te miny i spojrzenia ojca, którego twarz była jak stale zmieniający się pejzaż. A ja byłam przeszczęśliwa, że wróciłam na mieniącą się wszystkimi kolorami złota Jamną. Tym razem już w innej roli, jako drugi reżyser.

O. Jan sam także potrafił być bardzo krytyczny wobec innych. Myślał szybko, działał jeszcze szybciej, miał sto pomysłów na minutę i trudno było za nim nadążyć. January wspomina przełomowy dla rorat rok 1985. Do młodzieży szkół średnich dołączyli studenci z duszpasterstwa akademickiego O. Tomasza Pawłowskiego i na roraty chodziło już nagle z 700 osób.

Wtedy właśnie Dwóch Janów postanowiło do liturgii wprowadzić stary Chorał Dominikański. Bardzo trudny, jedna literka potrafiła się ciągnąć przez kilkanaście, a nawet  kilkadziesiąt nut, z wieloma ozdobnikami. Na szczęście ojciec Kalikst, dawny spowiednik O. Jana zwany pieszczotliwie przez niego Kaluniem, pamiętał melodię i ich jej nauczył.

W czasie rorat ojciec Jan głosił rekolekcje adwentowe w całej Polsce i często nie było go tydzień, a czasem nawet dwa. Tym razem wyjechał już na samym początku, przykazując O. Tomaszowi, żeby schola śpiewała, jak chce. O. Tomasz obiecał, że się nie będzie wtrącał. 

Przez całe dwa tygodnie January ze swoją scholą usiłowali nauczyć kościół Kyrie, Sanctus, Agnus dei… robili dodatkowe próby śpiewu między Godzinkami, które zaczynali śpiewać codziennie już za kwadrans szósta, a mszą św., ale nic nie pomagało.

Ludzie połykali nutki, skracali sylaby, słowem… katastrofa. Wierny obietnicy O. Tomasz, sam nic nie mówił, ale co rusz przyprowadzał do nich innego studenta akademii muzycznej, który przekonywał ich – Słuchajcie, odpuście! Tego się nie da zaśpiewać. My sami nie dajemy rady, a co dopiero nie-muzycy. 

Ale po dwóch tygodniach cud się wydarzył i cały kościół zaśpiewał to Kyyrieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeleejson. Ojciec po powrocie, był przeszczęśliwy, choć teraz on sam musiał trochę nadgonić.

January mówi, że gdyby nie te dwutygodniowe rekolekcje O. Jana, ten chorał pewno nie byłby dzisiaj śpiewany. Góra by nie wytrzymał. On musiał mieć efekt natychmiastowy. 

Poprzeczkę podnosił wysoko. Za Janem Pawłem powtarzał nam ciągle – Wymagajcie od siebie, nawet, jeśli inni nie będą od was wymagać.

I wymagaliśmy. Po ciemku, w mrozie, grzejąc ręce przy żelaznych koksownikach na przystankach, tramwajami i autobusami, w czasie, kiedy nie było jeszcze rozkładów jazdy, zjeżdżaliśmy się z całego Poznania do Dominikanów. Potem szybkie śniadanie w schronie, w późniejszych czasach na Sali DA.: herbata z wiadra i kromka chleba ze smalcem albo z pomarańczowym serem „Regankiem” z darów.  A potem wszyscy rozjeżdżali się na lekcje do swoich szkół albo do pracy. Od czasu do czasu ktoś wpadał na pomysł, żeby przesunąć roraty o godzinę. Wtedy ojciec Jan z całą powagą mówił. – Dobrze! To od nowego roku przesuwamy roraty na piątą rano. I nagle, jak w tej opowieści o rabinie i kozie, okazywało się, że ta szósta rano, wcale nie jest taka zła.

Wielu myślało, że Góra musi zawsze grać pierwsze skrzypce. Ale to nie tak. Chętnie dobierał sobie członków orkiestry, potrzebował ich, hołubił, czasem karcił, przesuwał do pierwszego rzędu, czasem na tyły. Albo sami odchodzili. Ale to on był dyrygentem. A w orkiestrze dyrygent może być tylko jeden.

Jednego byłam pewna. Już od momentu kiedy po raz pierwszy, w rok po przyjściu O. Jana do Poznania, nieśmiało podnosiłam ręce w czasie „Ojcze nasz” przy roratnim ołtarzu. Grubawa dziewczynka w ósmej klasie, z kitkami, zapatrzona we wszystkich tych mądrych ludzi, którzy tworzyli wtedy duszpasterstwo – z Przemusiem Aleksandrowiczem i Jolą Pachocką na czele. Przez wszystkie najważniejsze chwile w moim życiu, kiedy Ojciec Jan chrzcił mojego syna, albo kiedy wymyślaliśmy najbardziej szalone pomysły na kolejne Lednice, albo kiedy chował moją mamę, która, jak ja, chodziła na roraty i noce czuwania.

Nigdy nie miałam wątpliwości dla kogo gra ta orkiestra. Pamiętałam o tym także wtedy, kiedy czasami czułam się jak instrument, wykorzystywany w potrzebie, a potem odstawiany w kąt. On też tak się czasem czuł. Skupiał na sobie. Ale kiedy ludzie patrzyli na dyrygenta, on batutę kierował zawsze ku górze. Nawet, kiedy był otoczony wianuszkiem najpiękniejszych dziewczyn z Poznania, o których Jacek Kowalski napisał kiedyś w swoim poemacie heroikomicznym o roratach „bowiem wpatrzone w siebie widział czyste oczy dwustu swych licealistek”.

Potem Jacek napisał jeszcze koło 20. politycznych szopek, do których próby odbywały się  w czasie śniadań po roratach i rok w rok rozbawiały publiczność na roratnich opłatkach. Reżyserowałam pierwszą z nich w 1988 roku i do dziś pamiętam jak O. Jan i O. Michał Zioło płakali ze śmiechu, kiedy do dwumetrowego Jezuska Darka, przybyli w kadrze ze starej pozłacanej ramy, trzej królowie ze wschodu: Marks, Engels i Lenin. Gosia Baletnica była aniołem. A herod – Bodziu Kowalski, został później jej mężem.

Kiedy mówili mu, ojcze, a nie przeszkadza ojcu, że te dziewczyny przychodzą na te roraty tylko dla ojca? Odpowiadał – Nieważne, dla kogo przychodzą. Ważne, dla kogo zostają.

W przeciwieństwie do tego, co się działo w innych kościołach, dziewczyny miały swoje ważne miejsce przy ołtarzu, już na początku lat 80. służyły do Mszy św. Regularnie czytywały czytania brewiarzowe z Ojców kościoła w czasie roratnich kazań. Swoim ciepłym altem pobudzała zaspany kościół do myślenia o sprawach Boskich Natalka Chromińska.

Choć nie łatwo było u ojca się przebić z czytaniem. Zdarzało się, że kiedy ktoś stremowany stawał na mównicy, Góra wzdychał, wznosił oczy do nieba, a po mszy brał delikwenta na stronę i mówił mu – Dziecko. Ty nie interpretuj. Ty po prostu czytaj, akcentuj samogłoski, głos na maskę i zza ucha, i wszystko będzie dobrze.

Utkwiło mi w pamięci słowa kazania, którym Ojciec Jan otwierał roraty w 2002 roku. “Żyjemy wspomnieniem miłości i czekaniem na miłość”.  I ten ciemny kościół, w rozbłyskach trzymanych przez niemal wszystkie ręce w kościele świec. Było wtedy już z 1500 osób. Wkrótce miało być ich dwa razy tyle. Aż z trudem można było się przecisnąć do komunii św.  Ojciec Jan miał niezwykły talent. Umiał zapełnić tysiącami ludzi każdą przestrzeń – od pustego kościoła po puste pola Lednickie. I zawsze w centrum była Ryba. I tylko jeden z możliwych wyborów. Wybór Chrystusa.

Albo te wzruszające słowa dwa lata wcześniej. O tym, że wzajemnie jesteśmy dla siebie listami miłosnymi od Boga.

Tu  możesz posłuchać tych pięknych słów: https://pl-pl.facebook.com/lednica2000/videos/ojciec-jan-g%C3%B3ra-op-o-mi%C5%82o%C5%9Bci/470517970242498/

Był takim księdzem, który nie bał się powiedzieć dziewczynie czy chłopakowi: Kocham Cię. I tę miłość wyśpiewywał w swojej, a potem naszej, ukochanej kolędzie Adeste Fideles, którą już na kilka dni przed Bożym Narodzeniem przemycał na roratach, a która kończyła się tak: Sic nos amantem… „Tak nas kochającego, któż z nas nie pokocha równą miłością?” Venite adoremus, venite adoremus…”

Sam bardzo potrzebował tej miłości.

10 dni przed śmiercią odwiedził Lednickich wodzirejów śpiewu i tańca, Reginę i Kazka Hojnów. Po raz pierwszy przyjechał do nich sam, nie z autobusem ludzi, którymi by rozmawiali o budowie, ludziach, Lednicy… Tym razem było jakoś inaczej. Regina zrobiła mu jego ulubione krewetki na maśle z czosnkiem i pietruszką. Ojciec Jan powiedział, że nie wie, co mu jest, ale czuje się bardzo osłabiony. Więc ułożyli go wygodnie w fotelu.

A ojciec, z lekko przymkniętymi powiekami, jakby zapadł w sen, zaczął im opowiadać, że doświadcza głębokiej relacji z żywym Chrystusem, że jest bardzo szczęśliwy, że niczego więcej już nie potrzebuje i nikt więcej nie jest mu potrzebny, że miłość Chrystusa go niesie. Regina spojrzała na Kazika – Góra nigdy w ten sposób nie mówił. Serce jej się ścisnęło, łzy napłynęły do oczu i pomyślała, że O. Jan zaczyna żyć jakby do wewnątrz. Że to znak, że powoli zaczynają odwracać się role. – Kiedyś on był naszym ojcem i troszczył się o nas  – teraz my musimy się nim zaopiekować.

Kiedy Ojciec Jan wychodził, powiedział jej jeszcze – Tego mi było trzeba. Miłości i  odpoczynku.

W poniedziałek, 21 grudnia Kazek poderwał swoje dzieci, żeby pojechać na roraty. Dzisiaj jakoś wyjątkowo nie protestowały. Regina jeszcze piekła chleb, więc powiedziała, że później dojedzie. A Kazek powiedział jej na to – Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą. Wyciągała z pieca chleb, kiedy zadzwonił, że jest przy ojcu, że właśnie go reanimują.

Niecałe pół godziny wcześniej, na roratach, Bartek, szef scholi, czytał z ukochanej przez Ojca Jana Pieśni nad pieśniami.

„Cicho! Ukochany mój! Oto on! Oto nadchodzi! Biegnie przez góry, skacze po pagórkach. Umiłowany mój podobny do gazeli, do młodego jelenia. Oto stoi za naszym murem, patrzy przez okno, zagląda przez kraty. Miły mój odzywa się i mówi do mnie: Powstań, przyjaciółko ma, piękna ma, i pójdź! Bo oto minęła już zima, deszcz ustał i przeszedł. Na ziemi widać już kwiaty, nadszedł czas przycinania winnic, i głos synogarlicy już słychać w naszej krainie. Drzewo figowe wydało zawiązki owoców i winne krzewy kwitnące już pachną. Gołąbko ma, w zagłębieniach skały, w szczelinach przepaści, ukaż mi swą twarz, daj mi usłyszeć swój głos! Bo słodki jest głos twój i twarz pełna wdzięku”.

Fragment tego tekstu był na obrazku prymicyjnym Ojca Jana. Od tej pieśni rozpoczął swoje kapłaństwo, z setkami tysięcy młodych śpiewał ją na Lednicy i tą samą pieśnią zakończył swoje ostatnie roraty.

Boże Narodzenie przyszło do niego w tym roku o cztery dni wcześniej.

Dzisiaj mija 6 lat odkąd zostawił nas sierotami.

Choć teraz przecież mamy aż dwóch Ojców w niebie.

Dzisiaj rano na roratach, modliłam się za Ojca Jana. I za Ciebie…

I znowu Natalka przeczytała nam, że Ukochany już nadchodzi…

Cicho! Popatrz przez okno. I wsłuchaj się w Jego kroki…

Pierwotną wersję tego tekstu napisałam dla miesięcznika „W drodze”. W skróconej wersji ukazał się w lutym 2016 r.

Podziel się tym wpisem:
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin

Jestem jak znaczek pocztowy. Trzymam się jednej rzeczy w drodze do celu. Ta jedna rzecz to opowieści. Mój cel: nauczyć przedsiębiorców tak opowiadać, żeby ich biznesy i życie stawały się jak najlepszą fabułą. Taką na Oscara. Od 26 lat jestem praktykiem storytellingu: zrobiłam setkę filmów nagradzanych na całym świecie i uczę sztuki opowiadania. Ostatnio w mojej Mistrzowskiej Szkole Storytellingu Biznesowego. Najbardziej lubię tę nutkę zaskoczenia, kiedy moi klienci piszą w mailach: "Monika, ten storytelling naprawdę działa!"


Dołącz do dyskusji: