Kiedy brakuje Ci cierpliwości do własnego dziecka


Monika Górska | 2 sierpnia 2018

Czy jesteś dziś szczęśliwy?

Możesz mnie nazwać idealistką, ale jak dotąd nie odkryłam bardziej autentycznej i skutecznej filozofii prowadzenia biznesu, jak pomagać innym w rozwiązywaniu ich problemów i spełnianiu swoich marzeń, tak by byli po prostu szczęśliwi.

Happy Client Story idealnie wpisuje się w takie myślenie o kliencie. Nie będę się na ten temat tu rozpisywać, bo mnóstwo użytecznych informacji znajdziesz w moim artykule na blogu tutaj >> https://monikagorska.com/storytellingowy-blog

Pokażę Ci za to przykład jednej takiej historii. A przyznasz, uszczęśliwić naburmuszoną dziesięciolatkę, to nie lada wyzwanie. Pani Miarka, czyli Marzena Dranka, ma na to swoje sposoby.

Chcesz je poznać?

– Już nie mam cierpliwości do mojej córki – powiedziała Aga, moja przyjaciółka ze studiów architektonicznych – młoda siedzi cały czas w necie i traci czas. Całkiem nieźle rysuje, ale po tych filmikach z youtuba, to tylko odtwarza, co narysowali inni. Brak jej własnych pomysłów i niby się interesuje przyrodą, matematyką, informatyką, ale nic z tego nie wynika. Na dodatkowe zajęcia z matematyki nie chciała pójść, bo według niej to kolejne lekcje, jak w szkole. Plastyka jest dla małych dzieci i ona nie będzie się bawić w żadne wycinanki i wyklejanki.

– Przynajmniej ma swoje zdanie – odpowiedziałam z uśmiechem zatroskanej mamie.
– Ja ją poślę na Twoje zajęcia Pani Miarko, co? – zaproponowała mi Aga.

I tak 10-letnia Wiktoria trafiła do Akademii Miarologii na warsztaty architektoniczno-inżynierskie.

Na pierwszych zajęciach siedziała okropnie naburmuszona. Oczy jej się jednak zaświeciły, gdy zobaczyła wieżowce podobne do kolby kukurydzy i gałązki bambusa, albo budynki o konstrukcji gąbki morskiej. A już całkiem ją rozśmieszyłam, kiedy porównałam nazwisko światowej sławy architekta do tostera.
– Foster, toster! Foster, toster! – wołała rozbawiona Wiktoria.

Wieczorem zadzwoniła rozemocjonowana Aga:
– Słuchaj, Wika przyszła z zajęć i powiedziała: Pani Miarka jest śmieszna! Te zajęcia to żart!
– Najpierw byliśmy z mężem zmieszani, mnie właściwie zatkało, ale potem zrozumieliśmy, że ją rozbawiłaś i w wesoły sposób prowadzisz zajęcia!
– No nieźle – zaśmiałam się – szkoda, że nie mogłam zobaczyć Waszych nietęgich min. No i popatrz, tyle już uczę, faktycznie z humorem, a i tak zawsze mnie jakieś dziecko zaskoczy. Chyba zmienię wizytkę na: Miarologia warsztaty inżyniersko-humorystyczne.

Na drugich warsztatach Wiktoria się popłakała. Patrząc na rysunek kolegi, smutno chlipiąc, powiedziała:
– Jemu wyszło sto razy lepiej niż mnie!
– Wika, a pamiętasz swój ostatni rysunek? Ten dzisiejszy jest zdecydowanie lepszy, niż Twój poprzedni. Porównuj się tylko do siebie, nie do innych.

Wiedziałam, że wieczorem Aga zadzwoni z relacją:
– Wika powiedziała, że się popłakała, ale że to było niepotrzebne i że już jej przeszło. Mąż stwierdził, że to były jej najbardziej dojrzałe przemyślenia.

Na kolejnych zajęciach Wika ochoczo pokazała mi swój rysunek:
– Pani Miarko, to jest latająca taksówka! Jestem bardzo zadowolona! Zrobiłam półokrągłą kabinę, żeby się zmieściło 6 osób i nawet gniazdka do ładowania, gdyby komuś w drodze padła komórka.

Z relacji Agi dowiedziałam się później, że Wika cały wieczór tłumaczyła swojemu Tacie jak obliczyć, ile potrzeba lądowisk dla latających taksówek, żeby stacja przesiadkowa miała przepustowość 3000 osób na godzinę.

Wiktoria chodziła na warsztaty z Miarologii cały rok szkolny. Wykorzystując tylko ołówek, gumkę i kartkę zrobiła prawie 30 szczegółowych, autorskich projektów technicznych. I nie szkodzi, że nie dało się ich jeszcze zbudować, ważne że były przemyślane na miarę jej możliwości i każdy lepszy od poprzedniego.

A któregoś sierpniowego wieczora zadzwoniła do mnie Aga:
– Po Twoich warsztatach, Pani Miarko, moja córka ma pomysłów od metra. Co chwila opowiada Tacie o swoich nowych wynalazkach. Wystarczy, że złapie ołówek i nic już więcej do szczęścia nie trzeba, nawet youtuba. Rysuje własne konstrukcje, coraz to bardziej skomplikowane, a potem gadają o nich w nieskończoność.

A ja, jestem bardzo dumna, kiedy moi młodzi adepci Miarologii mierzą siły na zamiary nawet w wakacje.

 

 

Ja takżę jestem bardzo dumna z adeptów storytellingu mojej Mistrzowskiej Szkoły Storytellingu Biznesowego. Z każdą ich kolejną historią coraz bardziej!

Wierz mi, wybór tylko trzech opowieści, spośród setek, które powstały w ramach naszych programów graniczył z cudem. To tak, jak spytać matkę, które z jej dzieci najbardziej kocha.

Postanowiłam więc zaserwować Ci na deser jeszcze jedną opowieść. Jest wyjątkowa, bo dostała Oskara Oskarów MSSB. Napisała ją lekarka, która wraz z mężem, również lekarzem, studiuje w naszej szkole. Kto by pomyślał, ile emocji może skryć się pod jedną kwiecistą parasolką…? We wtorek się przekonasz.

Do zobaczenia 😊

 

PS
Po każdej z opowieści Pani Miarki, namawiamy ją na warsztaty dla dorosłych. Na razie mogą się nimi cieszyć tylko dzieci. I ich rodzice 😊 >> https://www.miarologia.pl

A jeśli chcesz się dowiedzieć, jak sam możesz stworzyć takie opowieści dla swojej marki, przeczytaj bezpłatny ebook „Jak sprzedawać bez sprzedawania”.

Podziel się tym wpisem:
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin

Jestem jak znaczek pocztowy. Trzymam się jednej rzeczy w drodze do celu. Ta jedna rzecz to opowieści. Mój cel: nauczyć przedsiębiorców tak opowiadać, żeby ich biznesy i życie stawały się jak najlepszą fabułą. Taką na Oscara. Od 26 lat jestem praktykiem storytellingu: zrobiłam setkę filmów nagradzanych na całym świecie i uczę sztuki opowiadania. Ostatnio w mojej Mistrzowskiej Szkole Storytellingu Biznesowego. Najbardziej lubię tę nutkę zaskoczenia, kiedy moi klienci piszą w mailach: "Monika, ten storytelling naprawdę działa!"


Dołącz do dyskusji: