A co Ty tutaj robisz?


Monika Górska | 13 października 2022

Czasem to dzieje się w mgnieniu oka, a czasem trwa latami. Aż przychodzi ten moment, w którym mówisz sobie:

– Mam dość. Kredyt zaufania już dawno mi się wyczerpał. To mnie za dużo kosztuje. Dalej tak nie umiem. Nie chcę już. 

Nie śpisz po nocach, zajadasz ból, pustych butelek w koszu przybywa w zaskakującym tempie. Aż w końcu składasz wypowiedzenie. I odchodzisz z pracy. 

Bardzo ciekawe badanie zrobił w zeszłym roku McKinsey & Company. Zapytał byłych pracowników, z jakich powodów odeszli z pracy. To samo pytanie zadał ich pracodawcom. Dlaczego ich pracownicy odeszli. I tu się zaczęło robić jeszcze ciekawiej. 

Pracodawcy oczywiście odpowiedzieli: pracownik dostał lepszą ofertę, lepsze wynagrodzenie, bardziej adekwatne do tego, co robi. Może był po prostu w złym stanie psychicznym albo fizycznym, a może jego work-life balans był zaburzony?  

A wiesz, co odpowiedzieli pracownicy? 

Wspólnym mianownikiem ich odpowiedzi było słowo BRAK. Brak poczucia, że są WAŻNI. Ponad 50% pracowników powiedziało, że odeszli z pracy, bo nie czuli się ważni dla szefa albo dla organizacji. Nie mieli też poczucia, że są jakąś znaczącą częścią tej organizacji. Dopiero ostatnim powodem była zaburzona równowaga między pracą a życiem po pracy.

Jeszcze jedno bardzo ciekawe badanie zrobili badacze Pew Research Center. Oni z kolei zapytali Milenialsów, czyli ludzi, którzy dzisiaj już dobiegają powoli do czterdziestki, w jakiej sytuacji byliby skłonni zarabiać mniej. Okazało się znowu, że połowa z nich zgodziłaby się pracować w firmie na gorszych warunkach finansowych pod warunkiem, że ta firma realnie robiłaby coś, żeby zmienić świat. Co ciekawe, w pokoleniu baby boomersów, czyli tych, co dobiegają sześćdziesiątki i wyżej, na obniżkę pensji z tego powodu zgodziłoby się już tylko 20%.

Ważne jest tu słowo REALNIE. Zaufanie to najważniejszy klucz do świata relacji biznesowych. I dzisiaj tak często to towar deficytowy. A bez relacji wszystkie racje świata, i te w pracy i po godzinach, nie będą smakować.

Jak poznać, czy możesz takiej relacji zaufać?

Ja mam swoje sposoby. Jeśli ktoś zachowuje się tak, jakby jemu na mnie nie zależało, to… mu wierzę!

Jeśli jednego dnia traktuje mnie dobrze, a drugiego, jakby mnie w ogóle nie było, to idę sprawdzić, czy nie ma mnie przypadkiem gdzie indziej.

To, co ktoś robi, a nie to, co mówi, mówi już samo za siebie.

A najważniejsze chyba w tym wszystkim jest, by nie taplać się na mieliznach i kiedy tylko się da, brać się za wiosła i wypływać na głębię. I szukać takiej załogi, która wie, jak ustawić motylka i co zrobić, żeby nikogo nie zmiotło z pokładu, kiedy wieje fordewind. A kiedy flauta, pije rum, śpiewa i opowiada historie. Ale przede wszystkim wie, po co płynie i gdzie jest port.

Trochę tak jak w tej starej, dobrej opowieści Pier d’Aubrigy, którą przypomniałam na konferencji Wyzwania HR.

Pewien szef dużej firmy poszedł do kamieniołomu, bo był ciekawy, co motywuje ludzi do działania. Pyta pierwszego robotnika: 

– Co ty tutaj robisz? 

– No jak to, co tutaj robię? Haruję na kawałek chleba. Nie widzisz? Na mojego szefa haruję. 

Pyta o to samo drugiego:

– Żyły sobie wypruwam. Mam kredyt, mam żonę, dzieci muszę ich jakoś utrzymać! 

Wreszcie podchodzi do trzeciego pracownika, który kopie kamienie i wesoło pogwizduje. 

– A ty co tutaj robisz? 

On z wielkim uśmiechem pokazuje na budynek w oddali i mówi:

– No jak to co? Przecież ja buduję katedrę! 

Żyjemy w ciekawych czasach. Myślę, że może nawet trochę trudniejszych niż w średniowieczu, kiedy budowano katedry.

Przez świat przetacza się fala rezygnacji. Ta wielka – great resignation, w której ludzie odpływają do innego pracodawcy, a czasami nawet, tak po prostu, rezygnują z etatu, nie mając jeszcze żadnego miejsca w innej pracy. 

Z drugiej strony mamy cichą rezygnację – silent quiting, gdzie ludzie co prawda zostają w pracy, ale zamykają się w sobie, idą na emigrację wewnętrzną. Mówią sobie: 

– Dobra zrobię tyle, ile trzeba, ale nic poza tym. Nie dam z siebie nic więcej.  

To bardzo trudny antagonista w opowieści każdej marki. 

Wiadomo – fundamenty marki kładzie się od wewnątrz. A co jest jednym z najbardziej skutecznych i najlepszych budulców scalających markę, wręcz idealnym na dzisiejsze czasy?

Znasz mnie przecież. I wiesz, że storytelling. To ta piękna sztuka opowiadania znaczących historii ma decydujący wpływ na to, co się stanie z naszą kulturą organizacyjną. Czy Ci najbardziej wartościowi nie odpłyną… I czy będą harować na kawałek chleba, czy rzeczywiście będą mieli świadomość, że budują katedrę. W pełnym zaufaniu, że są częścią czegoś większego i ważnego.

I jeszcze na koniec jedna bardzo ważna rzecz. StoryTelling zaczyna się od StoryListeningu i StoryDoingu. Nie inaczej. Najpierw słuchaj – rób – działaj i potem dopiero opowiadaj.

Bo jeżeli chcemy zbudować mocną i wierną załogę, to musimy naprawdę budować katedrę. A nie jakiś pałac z piasku.

A jakie Ty masz sposoby, żeby sprawdzić, czy możesz komuś zaufać? W pracy albo po godzinach?

PS 

A te zdjęcia zrobiłam w czasie nocnej wizyty w mojej ulubionej katedrze na szczycie Mont Saint-Michel.

Podziel się tym wpisem:
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin

Jestem jak znaczek pocztowy. Trzymam się jednej rzeczy w drodze do celu. Ta jedna rzecz to opowieści. Mój cel: nauczyć przedsiębiorców tak opowiadać, żeby ich biznesy i życie stawały się jak najlepszą fabułą. Taką na Oscara. Od 26 lat jestem praktykiem storytellingu: zrobiłam setkę filmów nagradzanych na całym świecie i uczę sztuki opowiadania. Ostatnio w mojej Mistrzowskiej Szkole Storytellingu Biznesowego. Najbardziej lubię tę nutkę zaskoczenia, kiedy moi klienci piszą w mailach: "Monika, ten storytelling naprawdę działa!"


Dołącz do dyskusji: