Wreszcie ruszyła! Dziękuję Ci!


Monika Górska | 20 maja 2021

Dziś kolejny fragment książki, ciąg dalszy z zeszłego tygodnia. Twoje wsparcie pomogło, bo wreszcie ruszyła, jak te pędy krzewów winnych, które posadzilismy zaledwie dwa tygodnie temu na Wzgórzu Nadziei, a teraz dosłownie rosną z dnia na dzień w oczach. Dziękuję i proszę o jeszcze 🙂

 cd.

Lubiłam ludzi i uwielbiałam ich historie. A oni lubili mi je opowiadać. Czyli jednak dziennikarstwo.

Tylko co ze studiami. To było w czasach, kiedy w Polsce był jeszcze komunizm, a mi się nie paliło, żeby studiować dziennikarstwo na naukach politycznych! Na ostatnim roku wzięłam więc urlop dziekański i pojechałam stopem – zupełnie w ciemno – do Paryża.

Znałam zaledwie kilka słów po francusku, nie wiedziałam nawet gdzie się zatrzymam na pierwszą noc. Pieniądze w ilości homeopatycznej.

Nie wiem, co było wtedy w mojej głowie, ale jakoś wierzyłam, że od razu znajdę pracę jako fille au pair.

Nie znalazłam.

Bo nawet nie musiałam jej szukać!

Najpierw spotkałam na ulicy Ewę, koleżankę ze studiów, która przygarnęła mnie na kilka nocy, suto zakrapianych tanim winem, gdzie spotykały się ówczesne elity ruchu oporu.

A potem zadzwoniłam do Hansa, starszego pana, który kiedyś, kiedy pracowałam na targach, słynnych MTP w Poznaniu, dał mi swoją wizytówkę i powiedział mi – Wpadnij do mnie, kiedy będziesz w Paryżu. Schowałam ją z szerokim uśmiechem.

– Ja i Paryż. Dobre 🙂 A poza tym, przecież takie wręczanie wizytówek, to u nich tylko czysta formalność. Ale by się zdziwił, jeśli bym kiedyś naprawdę zapukała do jego drzwi 🙂

Wcale się nie zdziwił, kiedy powiedziałam mu, że jestem w Paryżu. – Mieszkam w Siedemnastce, metro Wagram. Przyjdź na obiad! Dwa razy mi tego nie musiał powtarzać. Chodziłam wiecznie głodna! Ile można jeść bagietek z solonym masłem.

Zaczęliśmy od szklaneczki ginu z tonikiem i cytryną. Wtedy go piłam po raz pierwszy. Do dziś jest moim ulubionym drinkiem, pełnym nostalgii i dobrych wspomnień o ludziach, których Dobry Ojciec stawiał znienacka na mojej skalistej tak często drodze.

Ich dobroć i miłość tyle razy odmieniła jej bieg. I ja też ich pokochałam. I nadal kocham. I tak żałuję, że już na tej ziemi, nie napiję się z nimi szklaneczki ginu.

To dzięki takim napotykanym ludziom moja pustynia czasem zakwita, a tumany piachu opadają, wskazując drogę do oazy.

Gdzieś między melonem, a choucroutem z kiełbaską i ziemniakami, z urodzenia Hans, z zamieszkania Jean, a dla przyjaciół Jan, mówi do mnie:

– A po co będziesz szukać rodziny au pair, tak wiele nie zarobisz. Mam na piątym piętrze chambre de bonne, taki pokoik dla służby. Co prawda ubikacja i zimna woda jest tylko na korytarzu, ale za to jaki widok z okna na łuk Triumfalny. – Chcesz?

To nic, że pokoik był w tonacji przykurzono różowej, nie było w nim mebli oprócz łóżka i białego stoliczka z popękaną farbą pod oknem. – Chciałam!

Granatowe welurowe fotele, półki i szafkę zdobyłam bardzo szybko, z wystawy. Znalazłam je pod domem na sąsiedniej ulicy i nie mogłam nadziwić, jakie dobre meble wystawiają Paryżanie na ulicę przed przejazdem gratowozu.

I tak Pan z targów, Hans Lothar von Körner, wtedy osiemdziesięcioletni Austriak, który urodził się we Wrocławiu i pięknie mówił po polsku, został moim „adoptowanym dziadkiem”.

Pierwszym w życiu, bo obydwaj moi dziadkowie zginęli w czasie wojny i nawet nie mają swojego grobu.

Pojechałam po plecak, rozłożyłam na łóżku mój brzydki komunistyczny nylonowy śpiwór w różowe kwiatki, który jakoś nawet dziwnie kolorytycznie pasował do tego pokoju. 

I pamiętam jak długo w noc wpatrywałam się w światła Arc de triomphe.

Następnego szliśmy do restauracji trzy kroki od domu na launch.

Zapytałam z głupia frant, czy nie potrzebują kelnerki, która co prawda niewiele mówi po francusku, za to zna angielski. 

– A kiedy możesz zacząć?

Zaczęłam tego samego wieczora.

Jakby mi się jakieś drzwi otworzyły do czarodziejskiego ogrodu! No sama bym sobie tego nie wymyśliła!

Potem pracowałam jeszcze w innych restauracjach jako kelnerka, w przerwach prasowałam i sprzątałam, pracując nieraz po 16 godzin.

Potem zostałam gosposią u starszego, mocno schorowanego małżeństwa. Ja, która nie umiałam gotować i musiałam dzwonić do mamy, żeby mi powiedziała jak się robi omlet francuski z pieczarkami!

Najgorsze było, żeby tak wycyrklować z gotowaniem, żeby cały obiad był gotowy równo na dwunastą. Kto by pomyślał, ja, dziewczyna z Poznania, nie potrafiłam nawet ugotować ziemniaków, żeby były miękkie na czas! Ale wstyd!

Na szczęście wreszcie miałam trochę czasu, żeby się zapisać na francuski na Uniwersytet Jussieu.

Mimo, że wcześniej zarzekałam się, że nigdy się nie nauczę tego francuskiego, po roku radziłam sobie nieźle.

Pora wracać do Polski, na studia. – Tylko co by tu zrobić z tym dziennikarstwem? A może warto się jeszcze jednego języka nauczyć? Może hispanistyka? To był rok 1989, pierwsze wolne wybory premiera w Polsce, z posmakiem wolności.

Jeszcze rok czy dwa i to dziennikarstwo może przestanie być takie polityczne? – Myślałam, uważając, żeby nie upuścić żadnego z ośmiu talerzy z serami, które niosłam w rękach do zgłodniałej grupy turystów z Vermontu, w L’Olive blue, na rue Vaugirard, najdłuższej ulicy Paryża. 

Ten rok w Paryżu dał mi bardzo w kość. Nieraz płakałam ze zmęczenia, jadąc ostatnim metrem przez niezbyt bezpieczny dla młodej dziewczyny o tej porze Paryż. 

Nigdy nie przypuszczałam, że to będzie pierwsza kropka, na mojej drodze, bez której to, co wydarzyło się później, nigdy by się nie wydarzyło.

Cdn.

Mogę Cię o coś prościć ? Jak widzisz w tej opowieści jest sporo szczegółów z mojego życia i mocno się zastanawiam, czy to jest dla Ciebie w ogóle ciekawe? Czy może czytasz, przeskakując wzrokiem tekst, szukając bardziej refleksji niż obrazów z życia?

Napiszesz mi szczerze dwa słowa?

Monika

Podziel się tym wpisem:
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin

Jestem jak znaczek pocztowy. Trzymam się jednej rzeczy w drodze do celu. Ta jedna rzecz to opowieści. Mój cel: nauczyć przedsiębiorców tak opowiadać, żeby ich biznesy i życie stawały się jak najlepszą fabułą. Taką na Oscara. Od 26 lat jestem praktykiem storytellingu: zrobiłam setkę filmów nagradzanych na całym świecie i uczę sztuki opowiadania. Ostatnio w mojej Mistrzowskiej Szkole Storytellingu Biznesowego. Najbardziej lubię tę nutkę zaskoczenia, kiedy moi klienci piszą w mailach: "Monika, ten storytelling naprawdę działa!"


Dołącz do dyskusji: