Wiesz, czego sam Bóg nie potrafi?

Monika Górska | 31 października 2025
Pan Bóg jednego nie potrafi. Dawać mało 😊 Kiedy myślę, że coś z siebie daję, zawsze dostaję o tak wiele, wiele, więcej. Po raz pierwszy w życiu wygłaszałam laudację. Nie wiedziałam, jak się to robi. Rozmawiałam z siostrami z Domu Chłopaków w Broniszewicach, czytałam książki o nich, prosiłam w adoracji Ducha Św., żeby tchnął tam, gdzie mi nie staje wyobraźni… Bym uzasadniając wybór kapituły Fundacji Polskich Kawalerów Maltańskich, która w tym roku przyznała im nagrodę Feniksa Maltańskiego, mogła choć w ułamku, pokazać publiczności, czym jest fenomen Broniszewic.
A wyzwanie ogromne. Aula UAM, jedno z najważniejszych dla mnie na mapie Poznania miejsc. Już od szkolnych czasów ProSinfoniki przeżywałam tu tyle koncertowych emocji. Nigdy nie zapomnę tej chwili, kiedy po IX Symfonii Beethovena, wręczałam kwiaty nieodżałowanemu maestro Stanisławowi Wisłockiemu. I przeżywałam to tak, jakbym sama grała w orkiestrze.
A teraz mam stanąć na tej scenie i do wypełnionej po brzegi sali w zaledwie cztery minuty wypowiedzieć to, co na temat tych chłopaków i sióstr Dominikanek mi za podszeptem Ducha Św. w duszy zagrało. Jak ja sobie z tym poradzę??
Znasz mnie z listów i wiesz, że mój ulubiony format to nie 4 minuty, ale cztery strony. Co najmniej 🙂 Czyli tak koło 8 minut.
Gdybym tylko mogła, na koncercie Maltańskim, w ubiegły piątek, 24.10. powiedziałabym tak:
Zło głośno krzyczy. Dobro mówi szeptem. Siostry Dominikanki i chłopaki z Broniszewic sprawiają, że to dobro słychać na cały głos. Więcej – staje się zaraźliwe.
Jeszcze 20 lat temu mówiło się w wiosce: „O idą dzieci z zakładu” albo „to ci upośledzeni z DPS”. Choć określali to dosadniej.
Teraz nikt tak już nie powie, bo wszyscy przekonali się, że dla tych chłopaków, bez względu na to czy mają półtora roku, jak najmłodszy Mikołajek, czy 73 lata jak Józef, to jest po prostu ich DOM.
Mieszka tu 67 chłopaków. I każdy ma swoją historię. Jak Mikołaj, którego odebrano rodzicom, bo kiedy się urodził miał we krwi 1,5 promila alkoholu.
Dzisiaj ma we krwi 100%… miłości.
Kiedy siostra Regina, „królowa matka” domu, 12 lat temu stanęła na podwórku z siostrą Elizą i siostrą Tymką, przeżyły szok. Dach przecieka, rury wybijają, piec nie grzeje i zimno, a jeszcze dług w piekarni.
A potem na tym podwórku spotkała się z mieszkańcami zrujnowanego pałacu. Nigdy dotąd nie widziała tylu niepełnosprawnych umysłowo. I kiedy patrzyła na chłopaków, którzy mogliby teraz być na studiach, grać w piłkę, zakładać rodziny, łzy same jej leciały, że tak im się w życiu porobiło.
Wiele osób, które przyjeżdża do domu chłopaków jako goście, wolontariusze czy darczyńcy reaguje tak samo. I płacze ze współczucia, bo widzi zdeformowane nieraz ciała, nerwowe tiki, zauważa, że czegoś komuś brakuje: wzroku, słuchu, składnej mowy.
Ale kiedy stąd wyjeżdżają, jest już zupełnie inaczej. Śmieją się od ucha do ucha i obiecują jak najszybciej wrócić. A do Broniszewic, które leżą w okolicach Pleszewa, chętnie przyjeżdżają zarówno wierzący, jak i niewierzący. Prawicowi i lewicowi. Celebryci z pierwszych stron gazet i zwykli niezwykli ludzie.
Wielu z nich mówi, że ten dom to najlepszy dowód, że Bóg istnieje. I że to jest prawdziwy kościół. Nie mury i kazania. Nie zakazy i nakazy. Ale Miłość, która służy, myje, słucha, karmi i przytula. Nie w teorii, ale w działaniu.
Bo miłość to czasownik.
Na każdym kroku widać, że chłopcy są tu po prostu bardzo szczęśliwi. I siostry też promienieją radością. Jest ich tu piętnaście. Niektóre już na emeryturze. Są tu już od kilkudziesięciu lat. Ktoś mógłby powiedzieć: one są szalone.
A One, jak powiedział kiedyś Piotr Żyłka, są po prostu nie z tej ziemi.
Matki z Broniszewic nie żyją tu w duchu poświęcenia „idę, biorę ten mój krzyż, jest mi ciężko, ale dla Jezusa dam radę”. Choć wysiłek jest czasem ogromny, to nie jest dla nich jarzmo i obowiązek. A raczej szukają pomysłów „Co możemy razem zrobić fajnego”.
Chłopaki są Boga, a zaraz potem są nasi – śmieją się siostry. – A my jesteśmy ich.
Są całkowicie zdani na drugiego człowieka. A Bóg podarował nam ich, żebyśmy się o nich zatroszczyły jak o najbliższą rodzinę. Lubimy ich rozpieszczać, kupować ładne ubrania, każdemu wg jego stylu, świętować każdą możliwą okazję. Nie tylko Dzień Chłopaka, ale Dzień Ziemniaka i Dzień Przytulania, a nawet Całowania w czoło.
To są nasi bracia najmniejsi. Kochamy ich. A oni nas. I jak oni to potrafią okazać! Serce mięknie.
Wielu z nich nazywa siostry mamami. Np. mamą Jarka jest siostra Tymoteusza. Jarek miał dziesięć i pół roku, kiedy stanął w drzwiach pałacu w Broniszewicach. Przekazywany był z placówki do placówki. To miała być już jego piąta w życiu!
Siostra Tymka wspomina, że złapał ją zaraz na schodach.
– Będziesz moją mamą! I nie ma, że nie! – śmieje siostra i mówi, że druga jej myśl była taka:
– O Boże, tyle tu jest fajnych sióstr! Dlaczego wybrał mnie?
Pamięta, jak kiedyś jechała kwestować. Wsiadała do samochodu, a Jarek podbiegł jak strzała, chwycił za klamkę i krzyczał:
– Mamo, nie zostawiaj mnie!
– Kocham go bezgranicznie i sama bardzo czerpię z tej relacji! Choć czasem potrafi też zaleźć za skórę!
Siostry mówią, że nikt, tak jak ich chłopcy, nie potrafi być tak szarmancki, tak czuły i troskliwy. I szczery. Nieraz do bólu. I nikt nie potrafi tak szanować innych. Bez względu czy to prezydent, czy pan, który kładzie kostkę brukową.
Kiedyś zapytałyśmy ich, kto jest w naszym domu niepełnosprawny. Długo myśleli, aż w końcu pokazali chłopaków na wózku. Więc się okazało, że w naszym domu jest tylko pięciu niepełnosprawnych 😊
Siostra Tymka mówi, że kiedy rano ściąga z wieszaka swój biały habit, czasem przykrywany fartuszkiem w pingwiny, czuje się taka wdzięczna swojemu zakonowi:
– Bo dał mi wszystko, kim jestem. I jeszcze dał mi syna Jarka – nadzwyczajnego syna.
I taka właśnie ikona wisi w kaplicy. To było marzenie sióstr, żeby mieć porządną kaplicę, bo ta poprzednia była zbyt ciasna i wszyscy się tłoczyli na korytarzach. Ale spełniły to marzenie dopiero na samym końcu. Jak już wszyscy chłopcy mieli ciepło, czysto i kiedy leżący chłopcy mieli wszystkie potrzebne materace antyodleżynowe, ssaki, pompy odżywiania.
To efekt pięciu lat kwestowania przed kościołami, gdzie siostry jeździły po całej Polsce i po świecie. Nieraz przemarznięte, płakały ze zmęczenia. Ale tak długo prosiły i szukały, aż znalazły i otrzymały. No i jeszcze był 8 sekundowy filmik o siostrach pingwinach, który podbił Internety. Bo dla Boga, nie ma nic niemożliwego.
I dzisiaj chłopcy mają nie tylko jeden, ale trzy piękne domy. I jeszcze psy berneńczyki, alpaki, króliczki, owce i kozy, które rozwijają w nich czułość, opiekuńczość i poczucie obowiązku.
Na ikonie w kaplicy na pierwszym planie widać młodego Jezusa z gałązką latorośli i kiścią winogron. W tle, w cieniu jakby, troskliwi Maryja i Józef.
– Jezus był nadzwyczajnym synem i nasi chłopcy są nadzwyczajni – mówią siostry. – Chcemy żeby ta Kaplica stała się sanktuarium dla wszystkich rodziców takich nadzwyczajnych dzieci. Nie ma w niej złota, jedynie złote jest wnętrze tabernakulum, bo Bóg od początku nam pokazuje, że skarbem i złotem są nasi chłopcy. W ich oczach widzimy Boga. I też Bóg patrzy na nas ich oczami.
Staje się tak realny i bliski – opowiada siostra Eliza. Współczuje i troszczy się o nas!
I przytula ramionami Leona Filipka, Oscara, Krzysia, Kuby, Kacperka, Nikodema, Szymona, Dominika i tylu innych.
Nie ma lepszych leków i terapii niż miłość. Taka, która nie szuka swego, wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję. I nigdy nie ustanie. Takiej miłości uczą nas chłopaki i siostry z Broniszewic.
Myślę, że gdyby Jezus znowu teraz przyszedł na świat, to właśnie tam od razu by pojechał! Zjadł z nimi pizzę, pograł w piłkę. I powiedział: U Was czuję się jak w DOMU!
Ostatecznie ta sceniczna wersja, była dużo krótsza. Za to Jarek jak urodzony konferansjer wypełnił te słowa sobą, dopowiadając komentarze i podrywając salę do oklasków.
Jak się udało? Jeden Duch Święty wie. I ludzie, którzy na koniec zrobili Jarkowi, Kacprowi siostrze Reginie i wszystkim Dominikankom z Broniszewic standing ovation 🙂
Tutaj możesz tego posłuchać, prosto z AULI UAM. I napisz mi koniecznie, którą wersję wolisz. Bo może krótsza jednak lepsza?
Ale najbardziej poruszająca dla mnie scena wydarzyła się na końcu. Zarówno Siostry jak i ja stresowałyśmy się, jak Chłopaki wytrzymają tak długi koncert. Najpierw gala, potem m.in. VIII symfonia Beethovena i mój najbardziej ukochany z ukochanych koncert d-moll Brahmsa. Tym razem w wykonaniu Alexandra Melnikova i towarzyszeniem Filharmoników Poznańskich, pod batutą Łukasza Borowicza.
Pewno wrócą do domu po przerwie. – I siostry, i ja myślałyśmy podobnie.
To, co się wydarzyło, przerosło nasze najśmielsze oczekiwania.
Od pierwszych akordów Jarek usiadł na koniszuku krzesła, żeby być jak najbliżej orkiestry. I cały zatopił się w muzyce. Zwłaszcza tej fortepianowej, która tak przemówiła do jego duszy… jakby pianista zagrał na niej, a nie na strunach instrumentu.
Kiedy wybrzmiały ostatnie akordy i ostatnie oklaski, Jarek się rozpłakał. I nie mógł przestać. I nie chciał wracać do domu.
Może ta nagroda była właśnie po to?
Siostra Eliza uchwyciła ten moment:
A ja już od teraz modlę się, żeby w okolicy Pleszewa znalazł się dla Jarka nauczyciel fortepianu! Okazało się, że od dawna marzy, żeby grać. Jaka piękna to by dla niego byłaby droga!! Może… znasz w tamtych okolicach kogoś?
A ja… cóż. Nie mam już teraz innego wyboru … Muszę szybko ich odwiedzić w Broniszewicach ❤️😊
I Tobie też radzę. Bo tam wszystko zaczyna i kończy się na… miłości 😊



