To nie jest historia o Trzech Królach. Przeczytasz do końca?

Monika Górska | 6 stycznia 2026
Gdybyśmy zrobili konkurs najdłuższych opowieści w moich wpisach, to ta dzisiejsza chyba by wygrała. Ale jest tak piękna, że nie mogłam się nią z Tobą nie podzielić. Szczególnie dzisiaj, w święto Objawienia. Takie czułe święto, kiedy ludzie patrzą na Dziecko, i mówią:
– Bóg.
Jej autorem jest Henry van Dyke, a ja tylko ciut odświeżyłam jej storytellingowy język, bo od 1957 trochę się przykurzył.
Choć kiedy się czyta “Dilexi te” – ‘Umiłowałem Cię’, to czuć, że mógłby być jej autorem i papież Franciszek i papież Leon XIV.
Jeśli naprawdę przeczytasz tę opowieść do końca, wpisz w komentarzu ostatnie zdanie. Albo na nie odpowiedz. Wystarczy jedno imię 🙂
To historia o Czwartym królu… Inna niż ta, którą być może pamiętasz od księdza Malińskiego.
“Znasz zapewne opowieść o trzech Mędrcach Wschodu, zwanych też Trzema Królami, którzy zobaczywszy gwiazdę podążyli za nią do Betlejem, ażeby złożyć swe dary u stóp Dzieciątka Jezus.
A czy wiesz także o Czwartym Mędrcu, który też poszedł śladem owej cudownej gwiazdy.
Czy ktoś już Ci opowiadał o jego wędrówkach i próbach? O jego niezmordowanych wieloletnich poszukiwaniach? O jego tęsknocie nieutulonej? I o zwycięstwie, które przyszło w chwili ostatecznego zwątpienia?


Opowiem Ci jego dzieje. Zebrałem je z urywków snów podsłuchanych w przybytku Serca Ludzkiego.
Było to za czasów panowania możnego cezara Augusta, kiedy Herod władał Jerozolimą. W górach perskich żył pewien mąż, Mag, zwany Artaban. Był on Medem. Jego dom stał w mieście Ekbatana, tuż koło skarbca królewskiego. Artaban umówił się ze swoimi braćmi Magami – Kacprem, Melchiorem i Baltazarem – że wyruszą razem do Jeruzalem powitać nowonarodzonego króla Izraela.
Sprzedał więc dom i wszystkie swoje ziemie, a za otrzymane pieniądze kupił trzy klejnoty: szafir, rubin i perłę. I postanowił je zawieźć w darze Królowi.
Artaban, Mag z miasta Ekbatany, pędził co koń wyskoczy… Przez równinę Nisean, słynną ze stad dzikich koni, przez urodzajne pola Konkabaru, przez góry i doliny…
Mijał sady figowe i brzoskwiniowe, pola ryżowe, gaje tamaryszków i topoli…
Ani Ctesiphon, stolica partyjskich królów, nie zdołała go zatrzymać. Ani rozlane wody Tygrysu i Eufratu nie były dla niego przeszkodą. Nareszcie, po dziesięciu dniach trudów i udręki, stanął wieczorem pod murami Babilonu. Jego koń, Wazda, padał ze znużenia, a i Artaban czuł, że siły go opuszczają. Po drodze, w mieście, jednak nie mógł się zatrzymać, bo do świątyni Siedmiu Sfer były jeszcze dobre trzy godziny drogi. Musiał zebrać ostatki sił, by zdążyć na oznaczone miejsce przed północą.
Tuż za Babilonem rozciągała się wielka piaszczysta pustynia, na której tu i ówdzie zieleniały maleńkie oazy. Niby wyspy na oceanie piasku. Właśnie przejeżdżali przez jedną z tych wysepek, gdy nagle Wazda zwolnił biegu.
Im bardziej zagłębiał się w cień rozłożystych palm, tym ostrożniej stąpał. I tym większy zdradzał niepokój. Dokoła panowała iście grobowa cisza. Ani jeden listek nie zaszeleścił. Ani jeden ptak nie poruszył się w gałęziach. Wazda pochylił głowę ku ziemi. Stąpał lekko i ostrożnie. Nagle chrapnął przerażony i przystanął.
Tuż przed nim leżała na ziemi jakaś ciemna postać. Artaban zeskoczył z konia i pochylił się nad nią. Był to człowiek, otulony w łachmany. Chudy i wynędzniały. Na jego twarzy widać było ślady śmiertelnej febry, która panowała w całej okolicy. Widocznie i jego dotknęła. Artaban chwycił go za rękę, lecz zimna była jak ręka trupa. A kiedy ją puścił, opadła bezwładnie na pierś mężczyzny.
– Trzeba śpieszyć w drogę – pomyślał Artaban i odwrócił się od leżącego na ziemi człowieka. Taki już los czeka wszystkich, którzy padną wśród pustyni. Stada hien i sępów czyhają już tylko, żeby wyprawić sobie pustynne gody. A wiatr pogrzebie białe, czyste kości w piachu. I nawet ślad po nich nie zostanie.
Nagle z ust chorego dobył się rozpaczliwy jęk. Ręka ostatnim wysiłkiem chwyciła Artabana za płaszcz. Jego serce zamarło ze strachu. Nie tyle przed chorym, lecz na myśl, że może się spóźnić. Przecież nie mógł tu zostać, żeby ratować tego nieznanego biedaka, którego życie i tak dobiegało końca…
Jeśli spóźni się do Borsippy, to jego towarzysze – wielcy Magowie: Kacper, Melchior i Baltazar – pomyślą, że zrezygnował z wyprawy. I sami pojadą. Bez niego.
A jeśli tu zostanie, jeśli spróbuje ratować tego człowieka, to kto wie, czy jeszcze by mu się to udało? Czy nagroda, jaka go czeka, gdy zobaczy swego Króla, nie jest dla niego ważniejsza niż jakiś dobry uczynek wobec obcego, nieznanego nędzarza?
Czy wolno mu zatrzymać się w tej świętej pielgrzymce tylko po to, by konającemu Żydowi podać łyk wody?
– Boże Prawdy, Boże Miłosierdzia, wskaż mi drogę. Bom słaby i ślepy – modlił się Artaban.
I widać Bóg go oświecił. Bo nagle pochylił się nad chorym, wziął go ostrożnie na ręce i zaniósł na skraj oazy, gdzie było nieco widniej. Tu zdjął mu ostrożnie turban i rozluźnił zaciśnięty na biodrach pas. A potem przyniósł wodę z pobliskiego strumyka i zwilżył nią skronie i usta chorego.
Potem wyciągnął z zanadrza woreczek z lekami i dał choremu parę kropel do wypicia. Godzina mijała za godziną, a Artaban nie ustawał w pracy. W końcu jego wysiłek nie poszedł na darmo. Po jakimś czasie chory otworzył oczy i spojrzał na Artabana zupełnie przytomnie.
– Kim jesteś? – zapytał Maga – I co cię skłoniło, żebyś mnie, biedaka, przywracał do życia?
– Ja jestem Artaban, Mag z miasta Ekbatany. Jadę do Jeruzalem, ażeby odszukać nowo narodzonego Króla żydowskiego, który ma być Zbawcą świata. Nie mogę tu już dłużej zostać, bo karawana czeka na mnie w Borsippie. Masz tu chleb i wino. To moje jedyne zapasy. A tu są zioła, które ci przywrócą zdrowie. Jak poczujesz się silniejszy, to wstań i idź do Babilonu. To już niedaleko. Tam znajdziesz Żydów, którzy ci pomogą.
Stary Żyd słuchał słów tych z zapartym oddechem. Wreszcie podniósł wychudzoną, drżącą rękę i rzekł:
– Niech Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba błogosławi wszystkim twoim krokom. Pokój Jego niech będzie z tobą. Ja nędzarz, nic ci w zamian dać nie mogę. Ale to tylko ci powiem, że Mesjasz, którego szukasz, nie w Jerozolimie się urodzi, lecz w Betlejem, mieście judzkim.
Tak przepowiadali nasi prorocy. Idź i niech Pan czuwa nad tobą, boś okazał choremu miłosierdzie.
Za chwilę Artaban był już daleko. Wypoczęty Wazda, mknął teraz przez piaski pustyni. W oddali już rysowała się sylwetka góry Nimroda. A na jej szczycie Świątynia Siedmiu Sfer. Lecz na próżno Artaban wytężał swe oczy. Ani przy świątyni, ani w dole, na pustyni, nie widział najmniejszego śladu karawany. Tylko strome, skaliste zbocza Nimroda mieniły się w promieniach wschodzącego słońca jak koncha muszli perłowej…
Artaban zatrzymał konia u stóp góry, a sam zaczął się wspinać po skalistym zboczu. Serce zamierało mu z trwogi na myśl, że może nie zastać towarzyszy. W końcu stanął przed frontonem świątyni.
Ale trzej Magowie musieli już dawno to miejsce opuścić, bo cała równina w dole była pusta aż po najdalsze kręgi horyzontu. Tylko gdzieniegdzie majaczyły wśród piachów sylwetki szakali szukających żeru.
Nagle oczy Artabana padły na małą piramidkę ułożoną z drobnych kamieni tuż na krawędzi tarasu. W jej głębi jaśniał zwój pergaminu. Wydobył go skwapliwie, rozwinął i czytał: „Czekaliśmy do północy. Dłużej zostać już nie możemy. Jedziemy odszukać Króla. Jeśli chcesz, jedź naszym śladem”.
Artaban usiadł na ziemi i ukrył twarz w dłoniach.
– I co mam teraz zrobić? Jak mogę wyruszyć w tak daleką drogę bez wody? Bez jedzenia? A i koń mój zdrożony nie pójdzie już dalej. Chyba wrócę do Babilonu, sprzedam szafir, a za to kupię karawanę wielbłądów i zapas żywności na drogę. Żebym tylko dogonił moich braci!
A może w ogóle nie znajdę mego Króla? Może nigdy Go nie zobaczą, bo zająłem się jakimś nędzarzem? Otarł szybko rękawem policzek.
Dni mijały szybko. A droga pełna niebezpieczeństw. Aż w końcu strudzony i wyczerpany dotarł w końcu do Betlejem. Czy już jego bracia tu byli? Znaleźli Dzieciątko? I złożyli swe dary: Złoto, kadzidło i mirrę?
Czwarty Mędrzec wiózł także dary bezcennej wartości. Rubin czerwony, jak brzask skwarnego dnia. I perłę lśniącą, jak szczyt ośnieżonej góry, na której mienią się jeszcze ostatnie blaski zachodu.
– To nic, że się spóźniłem i że swój dar będę musiał sam składać u stóp mego Pana – rozmyślał Artaban. – Jestem w Betlejem i za chwilę ujrzę Światłość wschodzącą nad światem. Oby Go tylko ujrzeć jak najprędzej!
Wjechał w główną ulicę Betlejem. Lecz miasteczko wyglądało jakby wymarłe. Nigdzie nawet śladu człowieka.
– Pewnie wszyscy wyszli w góry po trzodę – rozumował Artaban.
Wtem z jednego domku doleciał go dźwięczny śpiew kolędy. Czym prędzej skierował tam kroki. Wszedł do wnętrza. W małej, lecz schludnej izdebce ujrzał młodą kobietę. Właśnie usypiała dziecko na rękach.
Zagadnięta, zaczęła opowiadać Artabanowi, że przed trzema dniami jacyś nieznani dostojnicy przybyli do Betlejem z dalekiego Wschodu. Mówili, że gwiazda ich zawiodła do domu, gdzie zatrzymali się Józef z Nazaretu ze swoją żoną Maryją. I tam właśnie znaleźli Dziecko, którego szukali. I u Jego stópek złożyli bogate, piękne dary.
– Niedługo potem możni dostojnicy opuścili naszą mieścinę. A zaraz po nich umknął i Józef z Maryją i Dzieciątkiem. Ludzie gadają, że uciekł do Egiptu, bo bał się o życie dziecka. Nie wiem, ile w tym prawdy – mówiła kobieta – ale to pewne, że od czasu ich zniknięcia coś ciąży nad naszym miastem. Jakby mu jakieś niebezpieczeństwo groziło.
Podobno żołnierze rzymscy mają przybyć z Jeruzalem i nowe podatki z nas ściągać. Dlatego tak pusto w mieście, bo mężowie nasi poszli ze stadami w góry, żeby ich nie dać żołnierzom.
Tymczasem malec drzemiący na rękach matki rozbudził się na dobre. Obcy przybysz wzbudził w nim wielkie zaciekawienie. Maleństwo wyciągało obie rączki do złotego kręgu, który wisiał na piersiach Artabana. I tak czule się do niego uśmiechnęło, że Magowi aż serce silniej w piersiach zabiło…
Zamyślił się Artaban:
– Król i Pan powędrował do Egiptu, lecz ja Go i tam odszukam… Tymczasem matka dziecięcia położyła maleństwo do kołyski. Zaczęła się krzątać po izbie, żeby ugościć obcego wędrowca…
Wtem jakiś zgiełk podniósł się na ulicy. Słychać było krzyk i płacz kobiet, odgłosy trąb, szczęk mieczy.
Ktoś zawołał:
– Ratunku! Żołnierze Heroda mordują nasze dzieci…!
Młoda matka zbladła z przerażenia. Pochwyciła swego synka w ramiona i ukryła się z nim w najciemniejszym kątku izby. Artaban stanął w progu domu, gotów go bronić do ostatka. Jego ogromna postać wypełniła całe odrzwia. Uliczka zaroiła się od żołnierzy…
Na widok Maga zatrzymali się na chwilę i w twarzach dał się odczytać niepewność. A nawet obawę. Wtem z gromady wysunął się młody oficer. Zbliżył się do Artabana i chciał go ręką odsunąć na bok.
Artaban ani drgnął. Jego twarz była tak spokojna, jakby patrzył na gwiazdy. I czytał w nich tajemnicze losy życia. Na wpół przymknięte oczy zdawały się patrzeć w jakąś niezmierzoną dal. Przed takim spojrzeniem nawet drapieżny lampart się cofa. A więc i młody oficer zawahał się. Podniesiona przed chwilą ręka opadła mu bezwładnie.
Teraz Artaban popatrzył na niego i dobitnie powiedział:
– Sam jestem w tym domu i chcę w nim sam pozostać. Oto nagroda dla mądrego oficera, który zechce mój dom zostawić w spokoju… Mówiąc to, wyciągnął zza pasa rubin bajecznej piękności i położył go na rozwartej dłoni.
Młody oficer oniemiał na widok tak wspaniałego klejnotu. Chciwie wyciągnął rękę po skarb. Ukrył go głęboko w fałdach płaszcza i zawołał do żołnierzy:
– Naprzód! W tym domu nie ma dziecka…
Na te słowa gromada czekających żołnierzy rozproszyła się. Pobiegli dalej szukać nowych ofiar.
Mag wszedł do izby. Stanął pod oknem i zaczął się modlić:
– Boże Prawdy – szlochała jego zbolała dusza – wybacz, że kłamstwem skaziłem swe usta. Zrobiłem to dla dziecka, żeby ratować je od śmierci.
Oto dwa dary, które przeznaczyłem dla Boga – szafir i rubin – oddałem ludziom. Teraz nie będę godny, aby spojrzeć w oblicze mego Króla.
Tak modlił się Artaban. A matka, z głębi izby, drżąca jeszcze ze strachu i radości, szeptała, tuląc do piersi swego jedynaka:
– Niech cię Bóg stokrotnie nagrodzi, dobrodzieju ty nasz najlepszy, za to, że uratowałeś życie mojego synka. Niech Pan spojrzy na ciebie łaskawym okiem. I niech zleje na ciebie wszystkie dary nieba. Pokój Jego niech będzie z tobą…
Nadaremnie Artaban szukał w Egipcie swego upragnionego Króla. Nie udało mu się odnaleźć w swojej wędrówce Władcy Świata, przed którym mógłby paść na kolana, by Go uczcić i uwielbić. Za to znajdował ludzi, dla których jego obecność była jedyną osłodą w ich cierpieniu. Pokrzepiał słabych. Dawał ubranie nagim. Leczył chorych. Pocieszał więźniów…
I tak płynęły jego dni i lata…
Jego życie wydawało mu się jednostajne i bezbarwne. Tak, jakby patrzeć na czółenko tkackie, które wciąż tę samą przebiega drogę. Wlokąc za sobą nić to szarą, to błękitną, to szkarłatną.
Dopiero gdy jego droga dobiegnie końca, gdy zdejmiemy z warsztatu tkaninę, wtedy dopiero widzimy całość kunsztownego wzoru.
Trzydzieści trzy lata upłynęło od chwili, gdy Artaban wyruszył na poszukiwanie Światła.
Zasłabł już i postarzał się w tej niekończącej się pielgrzymce. Zmęczony był, słaby i stary. Lecz mimo to nie ustawał w poszukiwaniach.
Znowu przybył do Jeruzalem, aby raz jeszcze przejść wszystkie jego zaułki. Był tu już tyle razy, znał każdą uliczkę, wszystkie najuboższe domy. Lecz nigdy i nigdzie nie udało mu się napotkać śladu swego Pana. Mimo to w duszy coś szeptało mu, że tu Go odnajdzie…
Żydzi obchodzili właśnie święto Paschy…
Na ulicach panował ruch, zgiełk, hałas. Od czasu do czasu jakiś dreszcz przebiegał zatłoczone ulice. Zgiełk podnosił się, to znów przygasał. Wszyscy gdzieś się spieszyli, popychali i wzajemnie wyprzedzali.
Artaban przyłączył się do tej fali i trafił na gromadkę Żydów z Parthy, z jego rodzinnych stron. Ucieszony podszedł do nich i rozpoczął rozmowę.
– Chodź z nami, Artabanie – rzekł jeden z Żydów. Idziemy teraz na Golgotę, gdzie odbędzie się ciekawa egzekucja. Czy nie wiesz o tym? Mają dziś stracić dwu złoczyńców i jakiegoś Człowieka, którego zwą Jezusem z Nazaretu. Podobno ten Jezus wielkie cuda czynił między ludźmi i lud Go kocha. Ale kapłani i starszyzna zażądali Jego śmierci, bo mówi o sobie, że jest Synem Boga i Królem żydowskim. Piłat skazał Go na ukrzyżowanie.
Artaban słuchał, a słowa te padały w jego duszę jak ożywcza rosa. Trzydzieści trzy lata wędrował, ażeby je nareszcie posłyszeć… A więc to wszystko było prawdą? Więc jednak Król się narodził! A ludzie Go odepchnęli, wyszydzili. I teraz miał umrzeć na krzyżu…
– A jeśli to nie ten sam, który urodził się w Betlejem, którego przyjście głosiła gwiazda, o którym mówili mędrcy i prorocy? – Ta niepewność dręczyła Artabana.
– Wszystko mi jedno – pomyślał – pójdę Go zobaczyć. Kto wie, może On jest naprawdę moim Panem, moim Królem, może zdołam Go jeszcze wyratować? Przecież mam jeszcze jeden klejnot, którym mogę Go z rąk katów wykupić. – Tak rozmyślając, szedł razem z tłumem ku bramie miasta.
Minęli ostatnie domy miejskich straży, gdy wtem oddział macedońskich żołnierzy zajechał im drogę. Żołnierze pędzili przed sobą młodą dziewczynę, całą w łachmanach. Widać było, że znęcali się nad nią. Artaban spojrzał na dziewczynę oczyma pełnymi litości i mimo woli przystanął. Widząc to dziewczyna, przypadła do niego, objęła jego nogi i szlochając wołała:
– Ratuj mnie, panie! W imię Boga Czystości, któremu służysz, nie daj mnie zbezcześcić. Jestem córką partyjskiego kupca. Mój ojciec umarł i teraz za jego długi chcą mnie sprzedać jako niewolnicę. Ratuj mnie przed hańbą, która jest gorsza od śmierci!
– Mówiąc to, całowała stopy Artabana. A taka rozpacz była w jej oczach i głosie, że serce w Artabanie zamarło. Znowu poczuła się jak na rozdrożu. Jak wtedy w oazie i potem w Betlejem. Miłość nakazywała jedno. A co innego podszeptywała jego głęboka wiara i tęsknota całego jego życia. Już dwa razy oddał ludziom dar przeznaczony dla Boga. A tu przyszła trzecia próba. I ostatnia. Już nic więcej nie miał. A może to było kuszenie? Próba jego duszy? A jednak czuł, że jakkolwiek długo trwałaby walka, wynik będzie ten sam. Bo jest nieunikniony.
– Boże mój, Boże! – Wołał w głębi duszy. – Powiedz, czy Światłość najwyższa nie leży w miłości? Nie zastanawiał się dłużej. Wydobył perłę, swój ostatni klejnot i podał dziewczynie.
– Weź to córko. Tym się wypłacisz. Daję ci ostatni skarb, jaki chowałem dla mego Króla…
Jeszcze nie wypowiedział tych słów do końca, kiedy nagle zrobiło się zupełnie ciemno. Ziemia zaczęła drżeć. Wyraźnie było słychać głuchy pomruk jakby dalekiego grzmotu. Na ulicach zrobił się popłoch i zamęt. Mury pękały, a poluźnione kamienie zaczęły się sypać przechodniom na głowy. Wiatr podnosił całe chmury kurzu, który wżerał się w oczy, w usta i w gardła. Tłum rozpierzchł się jak stado przerażonych owiec.
Tylko Artaban został z uratowaną dziewczyną. Nie uciekał, bo i czego miał się obawiać? Przecież jego życie tak jakby się skończyło. Przed chwilą rozstał się z ostatnim darem, którym miał wykupić życie swego Króla. Sam zerwał ostatnią nitkę nadziei. I oto teraz wędrówka się skończyła. A Króla i tak nie znalazł. Celu nie osiągnął. Schodził z areny życia pokonany.
A jednak mimo wszystko jakieś błogie uczucie ciszy i spokoju ogarnęło jego duszę. Nie było to uczucie rezygnacji, poddania się. To było coś o wiele piękniejszego. W głębi duszy poczuł nagle głębokie przekonanie, że szedł właściwą drogą. Jasne, jego czyny nie były doskonałe. Ale to, co robił, wypływało z najświętszych, najczystszych pobudek jego duszy. Był wierny przez całe życie swojej wierze. Swoim przekonaniom. Szukał światła, szukał objawienia. A jeśli go nie znalazł, nie jego w tym wina. Czuł, że gdyby mu było dane przeżyć to życie jeszcze raz, od początku do końca, nic by w nim nie poprawił. Nic by w nim nie zmienił.
Wtem ziemia zatrzęsła się raz jeszcze, poruszyły się domy. Tu i ówdzie rozległ się trzask i łoskot walących się murów. Ze szczytu domu, pod którym stał Artaban, spadł odłamek muru. Uderzył go w głowę. Dziewczyna widząc, że starzec blednie i chwieje się na nogach, pochwyciła go swymi silnymi ramionami i położyła na ziemi.
Potem pochyliła się nad nim. Nagle usłyszała głos. Jakiś cichy, dźwięczny głos, który płynął jakby z przestworzy. Dziewczyna podniosła głowę, żeby zobaczyć, kto mówi. Lecz okna domu były zamknięte. I na całej ulicy nie było nikogo.
Nagle wargi Artabana poruszyły się, jakby chciał coś powiedzieć. Po chwili dziewczyna usłyszała jakieś dziwne słowa:
– Nie tak, Panie, nie tak… Czy ja Cię kiedy nakarmiłem? Napoiłem kiedy chciało Ci się pić? Czy otworzyłem drzwi swego domu przed Tobą, strudzonym wędrowcem? Czy Ciebie przyodziałem, kiedy byłeś nagi, a kiedy chory czy cię odwiedziłem? Trzydzieści trzy lata Cię szukałem. Lecz twarzy Twojej nigdy nie widziałem. I nigdy Ci w niczym nie usłużyłem…
Artaban umilkł.
I znów dał się słyszeć ten sam głos co poprzednio, lecz tym razem wyraźniej, tak że dziewczyna mogła już zrozumieć słowa:
– Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, cokolwiek uczyniłeś jednemu z najmniejszych tych braci, Mnie uczyniłeś.
Na te słowa twarz Artabana zajaśniała dziwną jasnością, a z jego ust wydobyło się westchnienie. Ostatnie westchnienie radości i ulgi. Jego wędrówka skończyła się.
Dary zostały przyjęte.
Czwarty Mędrzec Wschodu znalazł swojego Króla.”
A Ty, przy kim dziś się zatrzymujesz?
Opowieść: Czwarty Król, Henry van Dyke z „Przewodnika Katolickiego” 1957 nr l s. 4-5
Na zdjęciu zaprzyjaźniony Tuareg i Sahara w Tunezji.
