Możesz móc i możesz nie móc


Monika Górska | 31 marca 2022

Mam lecieć do Ziemi Świętej w czwartek. 

A co jeśli mój czas, pieniądze, nadzieja, w żaden sposób się nie zwrócą?

No cóż… Prawdopodobnie nie będzie to koniec świata. I nikt od tego raczej nie umrze. 

To czego się tak boję? Że polecę i mnie nie wpuszczą. Że będę musiała kupować drogi bilet na samolot i wracać do Polski. Że jednak test na granicy mi wyjdzie pozytywny i będę przez 10 dni w kwarantannie w Izraelu. Że Tymek…

Boję się czegoś, czego nie ma. Albo raczej jest – tylko w mojej głowie. I tak to ze mną właśnie jest. Niby ufam, a jednak, po raz kolejny, silniejszy od mojego zaufania okazuje się lęk. Już trochę jestem sobą zmęczona.

Mogę móc i mogę nie móc. Ale żeby móc, najpierw potrzeba decyzji. I zrobienia tego pierwszego kroku. A potem następnych. I zaufania, że jeśli jest to zapisane w Najlepszym Scenariuszu na Świecie, to będzie mi dane.

I nagle naprawę, tak z serca, wszystko puszczam. Z pełną ufnością oddaję się w dobre ręce. Najlepsze. 

Lecę. Jeśli ma to być dla mnie dobre, to będzie mi dane. A jeśli nie, to widocznie nie miało być dobre. I nagle czuję, jak dosłownie rozlewa się w moim wnętrzu i dociera do każdej komórki mojego ciała taki cichy, nienachalny pokój.

Mam półtora dnia na przygotowanie podróży na półtora miesiąca. 

Na liście odhaczam po kolei rzeczy do zrobienia. Nagle jakby cały świat się zjednoczył, żeby mi pomóc. Z wszystkim daję radę. Jeszcze udaje mi się kupić jałowcową i krakowską dla sióstr w Betlejem. I dobry smalec. Cała walizka mi pachnie kiełbasą.

Robię kolejny test PCR. Znowu negatywny. Uff. To teraz już na pewno lecę. 

Mój przyjaciel też leci, ze swoją córką. Tylko trójka nas została.

Wieczorem jeszcze loguję się na stronę Ryanaira. Ale zaraz, zaraz. W moich rezerwacjach pusto. Ale gdzie mój bilet? Lot już jutro. Robi mi się gorąco. Sprawdzam jeszcze raz. I jeszcze. Jestem zalogowana? Jestem. A biletu nie ma.

Sprawdzam, czy w razie czego mogę kupić nowy bilet. Ceny poszły w górę, ale nie jest tak tragicznie. W razie czego mam opcję. Wdech, wydech. Spokojnie. Ufam i puszczam. 

Gdzieś zapisałam numer rezerwacji, ale gdzie?

Już mam. Wpisuję numer. Uff. Jest mój bilet.

3 marca, równo cztery lata po mojej pierwszej spontanicznej podróży do Ziemi Świętej, do której namówił mnie człowiek, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych, Marek Kamiński, wsiadam do samolotu. 

W ostatniej chwili jeszcze dzwonię do Maliny z wydawnictwa 2.Ryby.

– Malina! Ty to rozumiesz? Będę pisać książkę właśnie w tym miejscu, gdzie Jezus dwoma rybami i pięcioma chlebami nakarmił kilka tysięcy ludzi. 

– Jedź bezpiecznie, pisz i szybko do nas wracaj. Aaaa. A jakby Ci się coś stało, to się nie martw. My Ci tę książkę wydamy, tak jak jest 🙂

Wsiadam do samolotu. Rozglądam się. Może znowu spotkam mojego muzułmańskiego Anioła Stróża, Sharifa? 🙂 Nie wierzę, że to wszystko się naprawdę dzieje. Boję się, co nas czeka na granicy, zwłaszcza, że moi przyjaciele lecą tylko na trzy dni.

Ale ufam i puszczam…

Na lotnisku w Tel Avivie spokój. Dostaję bez najmniejszego problemu wizę na trzy miesiące. Za bramką 80 stanowisk do testów, trochę jak w szpitalu polowym. Wszystko przebiega sprawnie. Aż nie mogę w to uwierzyć. Nikt nas nie zatrzymuje, nie sprawdza. Jeszcze niecała godzinka w pociągu i jesteśmy w Jerozolimie. To nic, że ciemno, że wieje, że pada.  

Naprawdę tu jestem! A miałam nie być. Czy sama to sobie wymyśliłam?

Tę noc śpimy u sióstr Elżbietanek, niedaleko Bramy Damasceńskiej. Tam, gdzie przed czterema laty, wieczorem, z moją turkusową walizeczką, turkoczącą na bruku, weszłam w wąskie uliczki Starego Miasta. Prosto na stację V, która opowiada o tym, że nawet Bóg potrzebuje czasem pomocy.

To wtedy zobaczyłam, czarno na białym, że moja trudna historia, ma jednak swoje dobre strony. Wystarczyło, bym, w dosłownie kilka sekund, przekartkowała te złe. I zaczęła pisać jej nowe rozdziały. 

Tam, na Golgocie…

Nad ranem budzi mnie dźwięk smsa. Sięgam z nadzieją po telefon. To wynik testu. Teraz się ostatecznie okaże, gdzie spędzę te następne 10 dni. Czuję, jak przyspiesza mi serce…

Cdn.

Podziel się tym wpisem:
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin

Jestem jak znaczek pocztowy. Trzymam się jednej rzeczy w drodze do celu. Ta jedna rzecz to opowieści. Mój cel: nauczyć przedsiębiorców tak opowiadać, żeby ich biznesy i życie stawały się jak najlepszą fabułą. Taką na Oscara. Od 26 lat jestem praktykiem storytellingu: zrobiłam setkę filmów nagradzanych na całym świecie i uczę sztuki opowiadania. Ostatnio w mojej Mistrzowskiej Szkole Storytellingu Biznesowego. Najbardziej lubię tę nutkę zaskoczenia, kiedy moi klienci piszą w mailach: "Monika, ten storytelling naprawdę działa!"


Dołącz do dyskusji: