Jeśli będziemy patrzeć daleko w przyszłość, sparaliżuje nas strach


Monika Górska | 28 maja 2021

Dziękuję! dziękuję! dziękuję!  Dostaję od Was po każdym poście tyle ciekawych komentarzy, tyle Waszych opowieści i ciepłych słów, dodających mi skrzydeł do dalszego pisania maili, że nieraz wzruszenie odbiera mi mowę!

To piszę dalej!  Dzisiaj kolejny fragment książki 🙂

– Monika, chciałabyś poprowadzić nasz wydział telewizji? – usłyszałam od dyrektora L’Institute de Journalisme Robert Schuman.

Zaniemówiłam.

Tę szkołę dziennikarstwa skończyłam w 1990 r. To była ta kolejna kropka, w mojej filmowej konstelacji. Choć gdybym nie znała francuskiego, mogłabym tylko o tym pomarzyć.

A potem kolejna kropka. Po roku nauki na kolejnym stypendium, gdzie przez rok uczyłam się robienia filmów w Dallas, zatrzymałam się by odwiedzić Dziadka Hansa w Paryżu. 

Zaprosili mnie do Brukseli na galę dyplomową kolejnego rocznika mojej szkoły. Myślałam, że po prostu odwiedzę stare mury. A tu taka propozycja. 

Popatrzyłam na Jean-Yvesa… 

 – Ale ja przecież chcę wracać do Polski! – biłam się z myślami. Ale taka szansa…?

– Dobrze, zostanę. Ale tylko na rok.

Z tego roku zrobiło się w sumie jeszcze sześć lat poza Polską. 

Najpierw dwa lata w Brukseli, gdzie robiłam znowu prawie wszystko — od porządkowania kabli po uczelni po robienie filmów dla telewizji belgijskiej, ze studentami w asyście i moim profesorem z Dallas, który przyjechał na zdjęcia i został moim operatorem! 

Dwa z nich dostały później nagrody na Międzynarodowym Festiwalu Filmów w Niepokalanowie. “Liberer le papillon” – o opiece paliatywnej — główną nagrodę za dokument. 

A “Chevetogne, a dream of Unity” – nagrodę Prezydenta Warszawy za film budujący więzi między narodami, kulturami i religiami. 

Te nagrody – na samym początku mojej filmowej drogi, to jakby sam Pan Bóg poklepał mnie po plecach i powiedział – A nie mówiłem? No widzisz Górska? To jest Twoja droga! 

Dalej kropki zaczęły się już układać bardzo wyraźnie.

Potem rok w Holandii — gdzie w międzynarodowej firmie produkcji TV Logo Media, ktoś wcześniej widział mój studencki film z Dallas i zaprosił mnie, żebym robiła filmy dla nich. I to w Hilversum, holenderskim Hollywood. 

Czułam się jak w raju. Pracować “na Zachodzie” i to w swoim zawodzie… zaledwie trzy lata potem, jak w Paryżu zaczynałam jako kelnerka i sprzątaczka…

Ale serce przyprowadziło mnie z powrotem do Belgii… tam, wraz z moim chłopakiem Jean Louis, operatorem i montażystą, zaczęłam współpracę z niemiecką organizacją charytatywną ACN. Wspaniali ludzie…, wspaniałe, potrzebne filmy… 

Ale już bardzo mi było tęskno za Polską. Tyle u nas zmian. Pora wracać i służyć naszej demokracji…

Wtedy bardzo popularnym pisarzem w Polsce był William Wharton. Wszyscy się nim zachwycali. Po sukcesie jego książki “Ptasiek”, która stała się światowym bestsellerem i filmie, który na jej bazie nakręcił Alana Parkera, Hollywood wykupił opcję na prawa do wszystkich jego przyszłych książek! 

Kiedyś na okładce jego książki przeczytałam: „William Wharton nie jest prawdziwym nazwiskiem tego pisarza. Nikt naprawdę nie wie, kim jest. Jego biografię znamy tylko we fragmentach, przemycaną w różnych jego książkach”. 

Pomyślałam wtedy:

– Dziennikarz, który wpadnie na jego trop i pokaże, kim jest naprawdę ten pisarz, będzie prawdziwym szczęściarzem!

Nie wiedziałam wtedy, że mówię o sobie. 

Piłam poranną kawę w naszym przytulnym mieszkanku pod Brukselą, kiedy zadzwonił do mnie ktoś z TV. – Widziałam Pani filmy. William Wharton przyjeżdża do Polski. Zrobi Pani o nim film?

Tylko jak go jeszcze przekonać, żeby się zgodził?

Łączyliśmy się z nim telefonicznie, z radia Merkury Poznań. Serce mi tłukło jak oszalałe, kiedy mówiłam mu po co zadzwonię. Zaczęłam rozmowę tak:

– Tutaj Monika Górska z telewizji polskiej. Mam nadzieję, że nie zrobi Pan ze mną tego, co zrobił Pan ze swoim telewizorem, kiedy Pana córka zaczęła dorastać.

Zaczął się śmiać tym swoim serdecznym, zaraźliwym śmiechem.

Odetchnęłam z ulgą. Wygląda na to, że może jednak nie wyrzuci mnie za okno z siódmego piętra 🙂 

Ale szczęściara ze mnie! Zrobiłam pełnometrażowy — chyba jedyny w historii film dokumentalny — u niego na barce, na Sekwanie. Zabrał mnie do tych wszystkich miejsc, o których pisał w swoich książkach. Na ulice i place Paryża, do swojego młyna w Burgundii, i do starej szkoły, w której wystawia swoje obrazy.  Tutaj możesz zobaczyć fragment tego filmu

Mogłabym go słuchać godzinami – dla mnie był jeszcze ciekawszym człowiekiem niż pisarzem.

A najbardziej mi zaimponował, kiedy codziennie o 7 rano robił gimnastykę ze staniem na głowie!!! 70-cio letni Pan. – To może ja też spróbuję? Nieee, przecież ja nie dam rady. Nigdy w życiu nie udało mi się przeskoczyć przez skrzynię czy kozła, a co dopiero stanąć na rękach!

Wiele czasu jeszcze musiało upłynąć, i sporo potu, ale w końcu dałam radę! Do dzisiaj stanie na głowie jest moim ulubionym ćwiczeniem i zawsze mam przed oczami Whartona o dobrotliwej twarzy św. Mikołaja, który na swojej barce pokazał mi, że najwięcej ograniczeń rodzi się w naszej głowie.

Jedyny problem miałam z posiłkami. Ledwo zaczynaliśmy zdjęcia, już była pora na lunch, który przeciągał się czasem, jak to we Francji, do dwóch godzin. 

Siedziałam jak na szpilkach, bo umykały mi cenne godziny zdjęciowe. Wharton pytał – a czemu Ty nie jesz? Jak to czemu? Mój żołądek był zawiązany na supełek. Przez te kilka dni z wrażenia w ogóle nie mogłam jeść! JA! Pierwszy łakomczuch Rzeczypospolitej!

To był jeden z pierwszych filmów, przy którym poczułam, jakim wielkim szczęściem jest bycie reżyserem! Mogłam poznać ludzi, których nigdy nie miałabym okazji poznać, usłyszeć historie, których nigdy bym nie usłyszała, i nauczyć się o życiu tyle, ile w żadnej szkole bym się nie nauczyła.

No przecież sama tego bym sobie nie wymyśliła!

“Wharton” był bardzo popularny w Polsce, nie zliczę ile razy był powtarzany.

A ja odebrałam kolejny telefon z TVP – A nie wróciłabyś do Polski? Chcesz pracować w TVP?

Kolejna kropka na horyzoncie. Kolejny znak. To moja droga. Będę mówić językiem filmu.

Tylko za jaką cenę? Jean-Louis, mój narzeczony, który robił zdjęcia do Whartona nie chciał mieszkać w Polsce… Co mam robić? I znowu biję się z myślami…

cdn.

Dasz znać, jak Ci się czyta?

Podziel się tym wpisem:
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin

Jestem jak znaczek pocztowy. Trzymam się jednej rzeczy w drodze do celu. Ta jedna rzecz to opowieści. Mój cel: nauczyć przedsiębiorców tak opowiadać, żeby ich biznesy i życie stawały się jak najlepszą fabułą. Taką na Oscara. Od 26 lat jestem praktykiem storytellingu: zrobiłam setkę filmów nagradzanych na całym świecie i uczę sztuki opowiadania. Ostatnio w mojej Mistrzowskiej Szkole Storytellingu Biznesowego. Najbardziej lubię tę nutkę zaskoczenia, kiedy moi klienci piszą w mailach: "Monika, ten storytelling naprawdę działa!"


Dołącz do dyskusji: