Jaka jest Twoja maksyma rodowa?


Monika Górska | 26 sierpnia 2021

Dzisiaj cd mojej opowieści. Początek znajdziesz tu: https://monikagorska.com/blog/slowami-mozna-dotykac-nawet-czulej/ 

Przecież miałam być w Jerozolimie. Czułam to wyraźnie! 

Jestem tak blisko. I teraz mam zrezygnować? 

Ale co mogę zrobić?

Na pewno jest jakieś rozwiązanie! Przecież „Górscy się nie poddają”.

Mówię do Jean Philippe – Wiesz, co? To jedźmy stopem! Pół Europy tak objechałam sama, to przecież i tu jakoś damy radę. A jesteśmy w dwójkę, chłopak i dziewczyna, to już w ogóle, idealna sytuacja, tak chętniej biorą. Tylko zrobimy tak, że taksówką wyjedziemy na wylotówkę z tego miasta i tam będziemy łapać stopa. Chcesz?

Omal mnie nie ucałował z radości! 

Wyjeżdżamy na wylotówkę, stoimy na poboczu i łapiemy stopa. 

Mijają nas samochody. Uśmiecham się błagalnie do kierowców. Większość się nie zatrzymuje, ale niektórzy przystają.  

Niestety wszyscy mówią, że jadą tylko tu, niedaleko i nie mogą nas zabrać dalej. Są kochani, widzę, że się nawet autentycznie martwią, że nie mogę nas zabrać, ale ktoś przecież nie pojedzie tyle kilometrów na północ, żeby nas zawieźć. 

Staram się nie tracić ducha, ale z każdą minutą szabatu nasze szanse maleją. 

Taksówkarz na odchodnym powiedział nam, że jeżeli by nikt nas nie zabrał, to mamy jechać pierwszym autobusem, który będzie jechał na północ, bo po prostu nie wyjedziemy stamtąd. 

Stoimy już prawie godzinę i nic. 

I nagle zatrzymuje się na przystanku autobus do Tel Awiwu. Stamtąd na szczęście kursują do Jerozolimy sheruty, buso-taksówki z arabskimi kierowcami, więc szabat ich nie dotyczy. 

Jedziemy. Co za ulga. 

Jean Philipe jest “aux anges”.  Francuzi mówią “ w aniołach”. My powiedzielibyśmy “w skowronkach” 🙂 

Z wdzięcznością patrzę na migające zielone pastwiska za oknem z kamienistymi wyspami… owieczki skubią trawę… 

Czuję obecność Pasterza… 

Naprawdę tu jestem?

Obok mnie siada młoda, piękna dziewczyna. 

Z karabinem. W mundurze. 

Ta ziemia tak bardzo potrzebuje pokoju. Ale czy takiego?

Jeszcze przesiadka na sherut w Tel Awiwie i po 7 godzinach podróży jestem w Jerozolimie. Dochodzi 21. 

Myślałam, że skoro busik funkcjonuje jak taksówka, to mnie wysadzi przy hotelu.

Niestety. Kierowca mnie zostawia na jakimś placu w centrum miasta, którego w ogóle nie znam. Z prawej strony jakiś biały mur i kamienna biała brama, oświetlona żółtym światłem. Nie mam żadnej mapy, żadnego przewodnika. Jest ciemno. 

Pełno taksówek, każdy nagania, żeby wziąć właśnie jego. Mnie i tak już ta podróż zbyt dużo kosztowała, więc postanawiam iść pieszo. Pokazuję adres hotelu – kierowca busiku wyciąga rękę gdzieś hen przed siebie i mówi, że to bardzo daleko.

Coś mnie ciągnie do tej bramy.

 – Jeszcze młoda godzina, może tędy też trafię do mojego hotelu?  

Wchodzę przez grube mury. Idę kawałek żółtym brukiem. Wszystko pozamykane. Prawie nikogo na tych małych, wąskich uliczkach nie ma. 

Ciągnę za sobą moją turkusową walizeczkę, która podskakuje na bruku.

W pewnym momencie dochodzę do narożnego domu z białych kamieni, z numerem 32. Na ścianie tarcza z brązu, a w niej wycięta  litera V.  

Dzisiaj, kiedy myślę o tym, to sama się sobie dziwię, że w ogóle nie miałam świadomości, gdzie jestem.  Zupełnie jak uczniowie, którzy w drodze do Emaus spotykają Jezusa, On objaśnia im pismo, a oni Go najzwyczajniej w świecie nie poznają. A potem dziwią się, dlaczego serce w nich nie pałało i nie rozpoznali swojego Mistrza. 

Napis na murze: Simoni – Cyrenaeo Crux Imponitur.  – A więc to nie litera, ale rzymska Piątka! 

I nagle już wiem, gdzie jestem. 

Jestem w samym sercu drogi krzyżowej! Stacja V: Szymon Cyrenejczyk pomaga dźwigać krzyż Chrystusowi. 

Obok, po prawej stronie, w ścianie domu, brakuje kilku kamieni. Zamiast muru – skała.  Na obrzeżach chropowata, w środku wypolerowana. 

W samym środku odciśnięty w niej ślad dłoni. Mówią, że to dłoń Jezusa, który podparł się o ścianę. Przykładam swoją dłoń. Skała przyjemnie chłodzi rękę.

Przez lata była to moja ukochana stacja, podobnie jak spotkanie ze świętą Weroniką. 

Zawsze poruszało mnie… więcej… bolało, że właśnie ci, których wybrał i których najbardziej pokochał, zawiedli, zdradzili, uciekli od niego.  

Nie udźwignęli tej miłości? Nie zrozumieli jej? Bali się? Myśleli tylko o sobie?

To obcy ludzie pomagają Jezusowi w jego drodze krzyżowej. 

– A ja? 

Co bym zrobiła, gdybym była wtedy z Tobą?

cdn.

Podziel się tym wpisem:
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin

Jestem jak znaczek pocztowy. Trzymam się jednej rzeczy w drodze do celu. Ta jedna rzecz to opowieści. Mój cel: nauczyć przedsiębiorców tak opowiadać, żeby ich biznesy i życie stawały się jak najlepszą fabułą. Taką na Oscara. Od 26 lat jestem praktykiem storytellingu: zrobiłam setkę filmów nagradzanych na całym świecie i uczę sztuki opowiadania. Ostatnio w mojej Mistrzowskiej Szkole Storytellingu Biznesowego. Najbardziej lubię tę nutkę zaskoczenia, kiedy moi klienci piszą w mailach: "Monika, ten storytelling naprawdę działa!"


Dołącz do dyskusji: