Jak kochać, kiedy wszystko w Tobie krzyczy?

Monika Górska | 13 lutego 2026
Dzisiaj nie mam dla Ciebie „złotej myśli” na Walentynki. Mam za to kawałek drogi, którą sama próbuję iść. I opowieść o tym, jak kochać, kiedy wszystko w Tobie krzyczy: to nie ma sensu. Lepiej idź, zagrzeb się pod stertą zmrożonych liści. Nie wychylaj się więcej.
W czarnym notesie z gumką, w moich starych zapiskach z pustelni elżbietanek, dokąd staram się regularnie jeździć, znajduję ślady podpowiedzi.
Wśród nich: Unconditional Love. Trzymiesięczne wyzwanie trapisty, jednego z prekursorów modlitwy głębi, o. Thomasa Keatinga. Od 3 października 2020, przez trzy miesiące, a potem od czerwca 2024 staram się skupiać z całą uważnością na tym, co na swój użytek nazwę MBA. Czyli na Miłości Bezwarunkowej – Agape. Bo tak rozumiem sens tego wyzwania. Na absolutnej, pewnej, bezinteresownej miłości – w swojej najczystszej postaci. Takiej, którą zaleca nam Jezus w przeddzień swojej śmierci. „To Wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali”. Jan zapisał te słowa w swojej Ewangelii, używając właśnie tego greckiego terminu: agape.
To taka miłość na śmierć i życie. Bo nad swoje życie stawia nie tylko życie przyjaciela, czy nawet obcego, ale także i nieprzyjaciela. Gotowa w jego obronie nawet umrzeć.
Nie musi to od razu być skala ofiary o. Maksymiliana Kolbego. Czasem są też takie codzienne rozmowy, które domagają się ofiary. Zaczynają się często w pełnej harmonii i zgodzie. Aż nagle jakieś jedno nieopatrzne słowo, a potem drugie, pociąga za sobą całą lawinę… Jakby ktoś znienacka wylewał na mnie wiadro z odpadkami bio. Są brudne, oślizgłe i śmierdzące. A ja dosłownie czuję, jak się do mnie przyklejają. Nie zasłużyłam sobie na to. A jeszcze moje serce dusi się z bólu, bo przecież to tak bliska mi czasem osoba. Czuję, jak w moich piersiach powoli rozrasta się bryła lodu. Twarda jak kamień. Jedyne, o czym wtedy potrafię myśleć, to, że już nie chcę nic czuć. Że dłużej tego nie zniosę. Że chcę odejść.
A gdybym właśnie wtedy potrafiła w swojej rozpędzonej złymi myślami głowie i związanym w supeł sercu zatrzymać się na moment. Gdybym tylko zwolniła, jak na jezdni, w której gumowy garb wymusza na kierowcy trzydziestkę. Gdybym odetchnęła głębiej i uspokoiła oddechem bicie mojego serca… I uchyliła tym furtkę, przez którą będzie mogła pójść sobie złość, a wejść ciekawość. Z tą wrażliwością, która przerzuca pomost miłości.
Gdybym tylko nie pozwoliła moim słowom uwolnić się na zewnątrz. I właśnie wtedy, kiedy najbardziej boli, zamiast słuchać swojego bólu, potrafiła wsłuchać się w ból tej osoby. I jej błogosławić. To znaczy: życzyć dobra. Benedicere – po łacinie znaczy właśnie: dobrze mówić.
Gdyby skupić wszystkie swoje siły i wezwać na pomoc Ducha Świętego, żeby dobrze sobie opowiadać o tym człowieku we własnej głowie. Bo skoro tak rani, to ile sam musiał przecierpieć…
Taka jest właśnie miłość agape. Jak chciałabym potrafić tak kochać… Tylko jak?
Czy nie jest tak, że tego typu MBA jest możliwe tylko po tej drugiej stronie życia? I czy nie jest tak, że taką miłością potrafi kochać tylko Bóg?
A może jak wszystko, co w życiu cenne, miłość to po prostu proces? Ten kawałek węgla, cenny diament już we mnie od zawsze jest, ale żeby mógł się stać drogocennym brylantem, potrzebuje pracowitych godzin rozłupywania, szlifowania i polerowania. By wreszcie na końcu każde jego załamanie, każda z trzydziestu trzech faset w jego koronie mogła odbijać czyste Światło.
Ojciec Keating podpowiada, że taka miłość to cnota. A cnotę można ćwiczyć. Jak mięśnie. By nie poddawać się, gdy boli, gdy szarpie, gdy brakuje oddechu. Zawczasu wyszarpnąć się z pułapki, zanim w głowie odpali się opowieść o antagonistach i zanim wejdę w rolę ofiary.
A co będzie, jeśli nie zdążę?
Zmieni się chemia w mózgu. Tak jak to się dzieje w klasycznej opowieści, empatiotwórczą oksytocynę wyprze stresogenny kortyzol. I… pozamiatane. Czasem na kilka godzin, a bywa, że i na kilkadziesiąt lat. Chyba że ktoś jest superbohaterem. Ja na pewno nie.
A wtedy wielogłosowy dramat, jakim jest moje życie, zamieniam w tragiczny monodram. I nagle nie myślę już o tym człowieku naprzeciw, o jego życiu, jego historii, jego pragnieniach i tęsknotach… Tylko włączam na cały regulator moje ulubione radio: WITfm. What is there for me. Co tam jest dla mnie. O mnie. Jajanie i mnie-manie.
I tyle opowieści rodzi się w mojej głowie. O sobie i tym drugim. Co mi on, a co mi nie. I jaki jest, a jaki być powinien. Tyle gotowych fabuł. Można by kilka sezonów seriali nakręcić. Tylko czy to by były prawdziwe historie? Czy może raczej… fikcja?
Potrafią się pojawić niepostrzeżenie, w mgnieniu oka. Nieproszone. Przywabione jakąś emocją, która zahacza, choćby tylko koniuszkiem, o rany i głody dzieciństwa. Taki niezaspokojony głód potrafi niejednego dorosłego mocno przytrzymać w ścianach z tapetą w różowe kwiatki i rozkładanym fotelem do spania. Jeszcze długo po tym, kiedy i tego dziecinnego pokoju, a czasem i domu już nie ma.
Głód przeterminowanego dziecka, jak kiedyś pięknie nazwał to ks. Grzywocz. Czy taki głód w ogóle można nakarmić? I ile potrzeba by było miłości dzisiaj, żeby być w stanie nasycić głód miłości z tamtego wczoraj? Tak bezbronny, wrażliwy, podatny na zranienia. Głód dotyku, przytulenia. Głód akceptacji, dobrego słowa, głód bycia osobą ważną i wyjątkową.
Czasem ten głód staje się nie do zniesienia. I trzeba szukać dalej. Choć może nie głód to. Tylko pamięć głodu. Głód można oszukać. A pamięć?
MBA wtedy nie zrobisz. Nie ma szans. Jak może kochać bezwarunkowo taki wiecznie głodny student? Jak jest głodny, to myśli tylko o tym, żeby się najeść.
A gdyby tak zacząć nie od kochania, tylko od zaufania? Zaufać, że to ja jestem kochana. Że mój Ojciec mnie kocha. Taką miłością agape. I daje mi ją w prezencie. A jeśli i ja całkowicie się Mu oddam i zgodzę, żeby to On sam mnie przekształcił w czystą miłość?
Taką, która mówi: Bądź wola Twoja. Która nie szuka nagrody, nie jest skoncentrowana na sobie. Taką miłość, dla której jestem gotowa zmienić swoją historię: postawę, pracę i wszystko w taki sposób, jakiego chce ode mnie Bóg.
I co, jeśli puszczę wszystko, co nie jest miłością?
O ileż łatwiej z MBA podejmować decyzje. I wybierać. Zwłaszcza to, co zazwyczaj potrafi tak przygnieść do ziemi. Jak odpowiem na cierpienie, krzywdy, odrzucenia, które mnie spotkają? Bo przecież zawsze mam wybór.
Wojna czy pokój? Przyjaciel czy wróg?
A może po prostu… człowiek? Brat. Nawet gdy wszystko nas dzieli, jedno nas na pewno łączy. Potrzeba bycia kochanym. I cierpienie. Czasem tak potężne, że w obronie własnej gotowe iść nawet na wojnę. A może zawczasu wywiesić białą flagę? Tak pięknie o tym pisał w swoim wierszu Człowiek człowiekowi przyjaciel mojego taty, Edward Stachura. I zakończył go tak:
“Człowiek człowiekowi bliźnim Z bliźnim się możesz zabliźnić”.
Agape przynosi rozejm. Dopomaga, by umarło we mnie wszystko, co moje. W każdej kłótni. W każdym konflikcie. Każdego dnia. Im jest pełniejsza, tym szybciej. Jaka wtedy otwiera się przestrzeń wolności. Jak lekko, szczęśliwie się żyje. Jak się robi jasno na świecie.
Zupełnie jak w tej opowieści, o ile dobrze pamiętam Anthonego de Mello, o kobiecie, która całymi dniami narzeka na sąsiadkę.
Wiele razy w ciągu dnia podchodzi do okna i powtarza każdemu, kto się akurat nawinie:
– Taki wstyd! Że też ona nie potrafi nawet porządnie wyprać swojej pościeli. No kto to widział, żeby takie brudne prześcieradła wieszać. Przecież od słońca się nie wybielą!
Aż w końcu syn tej kobiety podchodzi do okna, widzi brudne prześcieradła, ale zauważa coś jeszcze. Podnosi rękę i pisze coś na szybie.
Kiedy odchodzi, kobieta widzi napis:
Mamo, umyj okna.
Może to jest dobre zadanie na Walentynki? Umyć okna. Tak po prostu, bez napinki. Choćby na próbę.
I zobaczyć, co się wtedy wydarzy…
Jak się pewno domyślasz, to fragmenty “Zaufaj puść i kochaj”.
A na koniec zostawiam sobie i Tobie jedno krótkie zdanie, które często ratuje mi dzień:
Duchu Święty, przyjdź.
Resztę Miłość zrobi sama. W swoim czasie.
