Czego nie widać z lewej strony


Monika Górska | 18 października 2018

Mały chłopiec siedzi na stołeczku u stóp matki. Mama wyszywa coś na płótnie naciągniętym na tamborek. – Mamo, mamo, ale to brzydkie! – mówi chłopiec na widok plątaniny kolorowych nici i supełków…

A wtedy mama nachyla się do niego z czułością i pokazuje mu wyhaftowany z drugiej strony obrazek – pełen harmonijnych kształtów i kolorów…

Zło, jest lewą stroną dobra. A my wszyscy siedzimy na niskich stołkach…

Tę historię opowiedział kiedyś w czasie kazania Ojciec Pio.

Dokładnie tydzień temu byłam u niego w San Giovani Rotondo.

Pojechałam wiedziona nagłym impulsem. Przede mną dwudniowa, intensywna konferencja Opowiadaj i Zarabiaj Live i 16 godzin prowadzenia jej uczestników na szczyty storytellingu biznesowego i… ich własne.

Jako przewodnik Górski muszę być w świetnej formie, a tymczasem ja…

Zmęczona, rozbita, przepracowana… ledwo myśli potrafię złożyć, jedną do drugiej.

Najwyższy czas na odpoczynek jest wtedy, kiedy nie masz na niego czasu.

Czuję, że muszę wyjechać, jeśli już nawet nie z odpowiedzialności za siebie, to za ludzi, którzy przyjadą do Poznania. Taki… wyjazd terapeutyczny. Byle pięknie i ciepło. I niedługi lot z Poznania.
Padło na malowniczą Apulię, na samym obcasie włoskiego kozaczka, i jej najpiękniejsze miasteczko Polignano a Mare.

A skoro jestem już tak blisko…
Grzech by było nie pojechać. No, bo co tam te 200 km.
To nic, że bez samochodu. Coś się przecież wydarzy.

Na lokalnym ryneczku kupuję miejscowe przysmaki i idę nad morze, szlakiem grot. Oddycham już inaczej… sycę oczy mlecznym niebem… i turkusowym morzem. Słońce łaskawie łaskocze mnie po rękach.

– Czy widziała pani delfiny? Włoski biegacz w odblaskowej koszulce zatrzymuje się przy mnie. Zaczynamy rozmowę, która kończy się dwie godziny później przy kawie z amaretto i lodach.

Rozmawiamy o zapachu i cieniu wiatru, i Fellinim. I o Ojcu Pio.
Czuję już jedną zieloną kreskę w moich bateriach.

dr Monika Górska mistrz storytellingu biznesowego w Apulii

Do konferencji jeszcze kilka dni. Chyba zdążę je naładować?

Nie mogę uwierzyć kiedy Nino proponuje, że mnie zawiezie. Ale mam szczęście. Umawiamy się „na pojutrze”.

Wieczorem dzwoni – przepraszam Monika, ale mój syn przyjeżdża, więc nie dam rady.

No cóż. Tak bywa.

Na szczęście do wakacyjnego domku obok mojego hotelu przyjeżdżają Polacy. Miłe małżeństwo z Jasła. Namawiam ich na wspólną wyprawę. W środę już wracam do Polski, ale pojedziemy we wtorek.

Jednak się uda! Tak bardzo się cieszę!

Jednak się nie uda! Kierowca dostaje gorączki i dusi go kaszel.
Nie jedziemy 🙁

Jak to nie jadę! Przecież, jak mówimy z Tymkiem „Górscy się nie poddają” i jeszcze „Jeśli nie chcesz, znajdziesz powód, jeśli chcesz, znajdziesz sposób”.

No i znajduję sposób…

Tuk tuk o świcie na dworzec do Polignano, stamtąd pociąg do Bari, upakowany jak puszka z sardynkami, potem przesiadka na kolejny do Foggi. Mam tylko 10 minut na przesiadkę na autobus, a pociąg ma akurat 10 minut spóźnienia. Biegnę na dworzec autobusowy.

Jakimś cudem autobus czeka i po niecałej godzince dojeżdżam serpentynami do miejsca, w którym Ojciec Pio 100 lat temu otrzymał stygmaty, w którym żył, spowiadał, czytał w sercach ludzi, budował Centrum Badań Ulgi w Cierpieniu i Bólu, robił cuda, i zmarł 50 lat temu.

Jak dobrze, że jednak jestem tu sama…

Jak dobrze, że w czasie przerwy obiadowej przy ciele ojca Pio i w jego celi, przy konfesjonałach i kościołach jest tak niewiele osób. Mogę z tym wielkim Świętym, którego wielu z hierarchów w kościele miało za jego życia za oszusta i szaleńca, spotkać się sam na sam.

Chodzę wzruszona po jego śladach.

Pierwszy konfesjonał, do którego już wtedy ustawiały się kolejki… potem trzeba było stać nieraz i trzy dni, czekając na spowiedź u ojca Pio. Habit, w którym w 1918 r. otrzymał stygmaty… Jak on się wstydził tych widocznych ran. Skrywał je pod rękawiczkami, Skarpetki Świętego przewieszone przez krzesło i wielkie, rozdeptane buty. Jego cela, gdzie żył i umarł. Ostatnia filiżanka kawy, którą wypił przed śmiercią. Na dnie został jeszcze ostatni łyk… A wśród sprzętów kuchennych… cała bateria długopisów, cukierki i… korkociąg do wina.

dr Monika Górska w San Giovani Rotondo śladami ojca Pio

Wiesz… z nim można rozmawiać… nadal. Mam wrażenie, że każdemu powie to, co jemu akurat potrzebne. Nawet jeśli przyjeżdża tu w zupełnie innej sprawie. Albo sam nie wie w jakiej…

Mi powiedział. Jak to on, w krótkich, żołnierskich słowach. Prosto z mostu.

I ze trzy razy jeszcze powtórzył, w ciągu tego dnia, jakby się chciał upewnić, że nie zapomnę, bo przecież wie, jak to z moją pamięcią bywa.

A potem… zdarzył się cud… Ale o tym już opowiem Ci może innym razem.

Pamiętałam o Tobie przy grobie ojca Pio…

Więc może i Tobie się przydarzy cud, za jego wstawiennictwem?

Podziel się tym wpisem:
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin

Jestem jak znaczek pocztowy. Trzymam się jednej rzeczy w drodze do celu. Ta jedna rzecz to opowieści. Mój cel: nauczyć przedsiębiorców tak opowiadać, żeby ich biznesy i życie stawały się jak najlepszą fabułą. Taką na Oscara. Od 26 lat jestem praktykiem storytellingu: zrobiłam setkę filmów nagradzanych na całym świecie i uczę sztuki opowiadania. Ostatnio w mojej Mistrzowskiej Szkole Storytellingu Biznesowego. Najbardziej lubię tę nutkę zaskoczenia, kiedy moi klienci piszą w mailach: "Monika, ten storytelling naprawdę działa!"


Dołącz do dyskusji: