Jest coś, czego Ci nigdy dotąd nie mówiłam


Monika Górska | 30 marca 2018

Długo zastanawiałam się, czy Ci to wszystko opowiedzieć. To takie osobiste… takie trudne do opowiedzenia… czuję się jakbym stała przy jakiejś głębokiej studni, której dna nie widać, i ciągnęła na powierzchnię wiadro pełne wody. Ale postanowiłam Ci dzisiaj otwarcie powiedzieć, kim jestem.

Cztery lata temu towarzyszyłam mojej mamie, która odchodziła. Wiedziałam, że to się dzieje, wyobrażałam sobie, że idzie w dół, lawendowym wzgórzem, coraz słabsza, lżejsza, coraz bardziej nieobecna… Nazywałam ją „mama kolekcjonerka”, bo przez dwadzieścia kilka lat zgromadziła w swoim ciele cztery różne nowotwory i cztery przerzuty. Jeden z ostatnich – do płuc. I nawet, kiedy całkiem dobrze sobie radziła, to jednak zawsze z tyłu głowy gdzieś była taka myśl, że to jest wyrok z zawieszeniem. Ale moja mama była człowiekiem wielkiej wiary.

Pamiętam moje zaskoczenie, kiedy zadała mi kiedyś pytanie, to samo, które zawsze na końcu rozmowy zadaję wszystkim bohaterom moich filmów dokumentalnych.

– Wiesz, co jest w życiu najważniejsze?

– Najważniejsze w życiu jest… życie.

Miała tyle siły, bo totalnie zawierzyła Bożej opatrzności. I tak bardzo, jak bardzo chciała żyć, mówiła:

– Ale co ma być to będzie. Przyjdzie mój czas, to odejdę.

Moim marzeniem było tylko, żeby, kiedy jej czas kiedyś przyjdzie, za to swoje bardzo ciężkie życie mama miała chociaż lekką śmierć. Żeby… żeby miała piękną śmierć.

Mama była bardzo dobrym człowiekiem. I uczciwym, jak kryształ. Miała dwa fakultety i dwie specjalizacje. Była chirurgiem ortopedą, a przed swoim wypadkiem na nartach lekkoatletką, wielokrotną medalistką w biegach. To była kobieta, która wiedziała, czego chce. Mówiła zawsze to, co myśli, czy komuś się to podobało, czy nie. Bo uważała, że tak trzeba. Jej mottem były słowa ze św. Mateusza – Niech mowa będzie „Tak, tak; nie nie”, a co nad to jest, od złego jest.

Całe życie pomagała innym. Nawet na samym końcu życia, już w hospicjum, mówiła słabym głosem – a może będę mogła jeszcze tam komuś pomóc?

Przekomarzałyśmy się czasem i mówiłam jej:

– Oj, mamo, ze świętymi, tak trudno jest żyć.

– Oj tak, podobnie jak z geniuszami – odpowiadała mi ona.

To jest takie trudne widzieć człowieka, którego kochasz i który gaśnie, a z drugiej strony też nie poddaje się i walczy… Mama była z natury cholerykiem. Mówiła dużo i głośno, szybko wybuchała, bardzo żywiołowo reagowała i nie było za wiele spokoju w naszym domu. Nie raz i ona, i ja, i Tymek mieliśmy siebie serdecznie dość. Ale kiedy moja mama odchodziła, zrozumiałam, że nawet przy najbardziej burzliwej, najbardziej dramatycznej historii, choćby nie wiem jak najeżonej przeciwnikami, przeszkodami i konfliktami, możesz do niej napisać nowe zakończenie. I nawet jeżeli nie przekreśli tego, co było wcześniej, to w tym zakończeniu wszystko się może wypełnić i dopełnić. Jeśli zdążysz – bo tego nigdy nie wiesz. Ja dostałam w prezencie trzy dni.

To, co się działo, to temat na osobną książkę. Zewnętrzny świat w ogóle przestał istnieć. Po raz pierwszy zrozumiałam, co może oznaczać zagięcie czasoprzestrzeni. Liczyło się tylko tu i teraz.

W tych trzech dniach wydarzyło się wszystko najważniejsze, o czym marzyłam, żeby się wydarzyło przez całe życie. Usłyszałam tyle razy od mamy, że mnie kocha, ile nigdy w życiu nie usłyszałam. W pewnym momencie mama się podniosła, dając mi znak, że chce, żebym ją przytuliła. I tak byłyśmy przez półtorej godziny w uścisku. A mama się nigdy do mnie nie przytulała. Może dlatego, że miała tego raka, więc uważała, żeby się przypadkiem nie zarazić jakimiś chorobami, bo odporność wtedy bardzo spada. Przytuliła się do mnie i nagle oderwała głowę ode mnie i patrzyła na mnie, patrzyła mi prosto w oczy. Jak już dawno nie patrzyła. Już miała głowę spuszczoną. Mam wrażenie, że człowiek, jak śmierć się zbliża, zaczyna się kurczyć jakby do środka, zamykać w sobie. Jakby tak wchodził do tego embrionalnego stanu, z dnia swoich narodzin. Śmierć. Powtórne narodzenie.

 

 

Patrzyłyśmy na siebie. Uśmiechałam się do niej starając przekazać jej na drogę całą moją miłość i spokój, że idzie w objęcia jeszcze większej miłości. Później psycholożka Kasia tak pięknie to nazwała, że nasze dusze rozmawiały ze sobą. To tak trwało i trwało, i trwało. Wreszcie odłożyłam mamę na poduszkę i mówię:

– Mamo, przebaczam Ci. Przebaczam Ci wszystko, wszystkie Twoje wredne zachowania, wszystkie nieporozumienia, wszystko, co między nami nie działało. I proszę Cię, przebacz mi też wszystkie moje wredne zachowania. Wszystko o co miałaś do mnie pretensje.

Nie umiałyśmy się często dogadać, ale wtedy czułam taki spokój, taką harmonię. Nagle wszystko się wyjaśniło. To był już moment agonii. Gromnica się paliła już przez całą noc. Wszystkie modlitwy zostały zmówione, z tą do św. Jana Pawła II w pierwszej kolejności o łaskę uzdrowienia. Jeśli taka Twoja wola, Panie.

W tym pokoju umierała też inna pani, sympatyczna pielęgniarka Stasia. Poprzedniego wieczoru, oddała mamie swoją kolację, bo mama nagle miała taki apetyt, że aż dwie kanapki zjadła…

Równolegle umierały. Starałam się towarzyszyć im obu. Rano przyszedł mąż, a ja zdążyłam, jeszcze wziąć ją za rękę i powiedzieć, z całą mocą:

– Stasia – jaka fajna z ciebie kobieta!

I wtedy właśnie zmarła…

Rano przyszedł Tymek i jeszcze długo modliliśmy się przy babci.

Moment, kiedy przytulałam mamę, był już bliżej południa. Potem przyszła lekarka, przez wiele lat prawa ręka profesora Łuczaka i moja serdeczna koleżanka z klasy, Ola. Pochyliła się nad moją Mamą, popatrzyła i mówi:

– Ale wiesz, co? Twoja mama całkiem dobrze wygląda!

Moja mama cofnęła się. Przestała umierać. Jak potężna jest moc przebaczenia…

– Nie myśl, że to będzie trwało. Może będzie tu jeszcze dzień albo kilka dni. Ale na razie Twoja mama zawróciła. Zawróciła. Poczuła Twoją miłość i pomyślała, że pewnie jeszcze trochę chce z Tobą być.

Przychodzili na drugą zmianę wolontariusze, którzy byli poprzedniego dnia i się nie mogli nadziwić, że jeszcze widzą moją mamę. To był taki nasz prywatny cud.

A mama, jak to mama, zaczęła mną komenderować, więc już w ogóle poczułam, że wraca do sił! I cały jeszcze ten dzień i całą noc i cały kolejny dzień mama była ze mną. Następnego dnia były moje imieniny, 4 maja. I mama w nocy dostała trochę morfiny, żeby spokojniej spać. Ale potem rano nie dostawała już więcej żadnych środków. Po prostu tak delikatnie spała. Jeszcze była na mszy świętej. Zawieźliśmy ją na łóżku i modliliśmy się przy niej.

A potem, w pokoju była taka cisza, pachniało konwaliami… Siedziałam przy niej. Wdech i wydech. Mama miała zupełnie spokojną twarz, choć oddech był płytki…

Aż przyszła 20.45…

Byłam przy niej cały czas. I nagle już jej nie było. I była taka piękna. Mówi się, że ktoś jest rozanielony. Moja mama już w sekundę po śmierci miała anielską twarz. Której nie miała długo, długo wcześniej, bo już była taka zmęczona, cierpiąca. Moje marzenie i modlitwy zostały wysłuchane.

Zawołałam pielęgniarki. One nie mogły uwierzyć, że to się już stało. Bo przecież one znają się na śmierci. To mogło jeszcze trwać i trwać. Mówię do nich:

– A to dzisiaj moje imieniny.

A one na to:

– Pani mama podarowała pani nockę na imieniny.

A ja myślę, że mama mi podarowała ten cały dzień i całą kolejną noc. Żebyśmy mogły być ze sobą. Żebyśmy mogły doświadczyć tej miłości, której czasami ciężko nam było doświadczyć. Obie wiedziałyśmy, że ona jest, tylko jakoś nie zawsze się ją czuło. I wtedy ją poczułyśmy.

Mijały kolejne lata. Tęsknota na zmianę z szarpiącym bólem przypominała trudne wątki naszej historii. To prawda, dopisałyśmy do niej z mamą nowe zakończenie. Ale to, co zapisało się na wcześniejszych kartkach, wcale nie ulotniło się wraz z jej odejściem.

I nie sądziłam, że kiedyś jeszcze w ogóle będzie to możliwe.

Kilka dni temu, z 17/18 marca, o drugiej w nocy, idę wąskimi uliczkami Starej Jerozolimy. W dzień z trudem można się tu przepchnąć przez kolorowy tłum ludzi i straganów. Teraz nikogo nie ma. Wypolerowane milionami nóg brukowane uliczki zalane żółtym światłem i gromady tłustych kotów pożywiające się przy śmietnikach.

Planowałam te klika dni spędzić w magicznej Petrze i na jordańskiej Pustyni Wadi Rum. Tymczasem nagle, niespodziewanie dla siebie samej, jestem tutaj, gdzie dwa tysiące lat temu szedł ON.

Via Dolorosa.

 

 

Zaczynam od łuku Ecce Homo. I nagle jesteśmy tylko my. On. Ja. I krzyż. Nasz wspólny krzyż. Idziemy powoli. Świat poza murami w ogóle przestaje istnieć. Po raz kolejny doświadczam tego niewypowiedzianego zagięcia czasoprzestrzeni. Liczy się tylko tu i teraz. Każda kolejna stacja zbliża nas do siebie. I ta cisza… ta cisza… w miejscu, gdzie zazwyczaj nigdy ciszy nie ma. I tylko od czasu do czasu gardłowe pokrzykiwania albo zawodzenie harcujących kotów. I znowu cisza… Przeszłam już spory kawałek i nagle…

Stacja trzecia i czwarta. Tuż koło siebie. Trzeba zadzierać głowę, żeby odnaleźć znaki na murach. Jezus po raz pierwszy upada. Niechciany, odrzucony nawet przez najbliższych, niezrozumiany, niekochany przez tych, za których z miłości oddaje swoje życie.

I zaraz potem… spotyka swoją Matkę… jak wielki musiał to być ból. Jak wielkie niepocieszenie…

 

 

Jakaś siła zatrzymuje mnie w tym miejscu na dłużej. To są jedyne stacje drogi krzyżowej, gdzie płaskorzeźby opowiadają co tutaj się wydarzyło.

I nagle karty mojej bolesnej historii nagle blakną. Moje zranienia, całe to poczucie niedokochania znika, jakby go wcale nie było. W tej czwartej stacji męki Chrystusa odkrywam, że moja mama kochała mnie najlepiej jak tylko potrafiła.

Że całej reszty nie było! Były tylko moje opowieści, które sobie o naszej relacji opowiadałam. Z nich brały się moje emocje, moje rany, moje poczucie odrzucenia.

I dociera do mnie, zatrzymanej w pół kroku, otulonej światłem żółtych latarni odcinających się na tle granatowego nieba, wciskającego się między dachy, że dostałam od mojej mamy najpiękniejszy dar.

Wiarę. Wiarę w Miłość. Bo tym i tylko tym jest dla mnie Bóg, którego każdego dnia staram się kochać jak najlepiej, ze wszystkich moich sił i całej duszy swojej, tak bardzo, jak każdego dnia staram się kochać siebie i kochać każdego, kto staje na mojej drodze.

Nie mówię o tym często, bo jak mówić o TYM co jest niewypowiedziane.

Nie mówię także dlatego, żeby przed nikim nie zamykać furtki. Mam wśród przyjaciół oprócz Katolików, Prawosławnych, Protestantów wszelkich odmian, Muzułmanów, Hinduistów, Buddystów, agnostyków i ateistów. Na szczęście mury dzielące te religie i tych ludzi nie sięgają nieba.

Dróg jest wiele. Bóg jest jeden. I jest miłością. To wiem na pewno. Choć niektórzy tę moją wiedzę nazywają wiarą. Ja jednak wiem, że wiem. Może Ci kiedyś opowiem skąd.

To teraz już Ty wiesz o mnie to, co Najważniejsze. Stąd czerpię siłę do wszystkiego, co robię. Moja własna już dawno się wyczerpała.

A skąd czerpiesz Twoją?

Na te Święta Zmartwychwstania życzę Ci byś odkrył swoją stację Via Dolorosa, która zabliźni to, co w Tobie najbardziej zabliźnienia potrzebuje.

Podziel się tym wpisem:
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin

Jestem jak znaczek pocztowy. Trzymam się jednej rzeczy w drodze do celu. Ta jedna rzecz to opowieści. Mój cel: nauczyć przedsiębiorców tak opowiadać, żeby ich biznesy i życie stawały się jak najlepszą fabułą. Taką na Oscara. Od 26 lat jestem praktykiem storytellingu: zrobiłam setkę filmów nagradzanych na całym świecie i uczę sztuki opowiadania. Ostatnio w mojej Mistrzowskiej Szkole Storytellingu Biznesowego. Najbardziej lubię tę nutkę zaskoczenia, kiedy moi klienci piszą w mailach: "Monika, ten storytelling naprawdę działa!"


Dołącz do dyskusji: