Przyszedł do mnie Jezus.


Monika Górska | 26 lutego 2026

Kątem oka widzę, jak podchodzi. Nie do lady, tylko tak z boku. Lekko siwy mężczyzna. Coś mówi do dziewczyny obsługującej ekspres do kawy.

Piątek, 20 lutego. Siedzimy z Basią w kafejce na dworcu Kraków Główny. Niewesoło mi. Już drugą albo i trzecią godzinę opowiadam jej, co mi leży na… Nie… Co mi rozgniata serce.

Dużo się nazbierało. Basia słucha uważnie. Całą sobą. Czuję, że mogę mówić bez autocenzury. Że mnie nie ocenia. Że jest.

Mężczyzna ma podarte, poplamione spodnie i sporą reklamówkę w ręku. Ręce mu się trzęsą.

Boże, żeby mu tylko ta baristka dała tę kawę.

Dała.

Mężczyzna podchodzi do stolika obok nas. Takiego czteroosobowego, z fotelami, jak w przedziale. Idzie niepewnie. Trochę kawy się wylewa. Stawia filiżankę na blacie. I w tym momencie widzę, jak kobieta, która tam siedzi, podrywa się nagle i zmienia stolik.

Kiedyś sama może poczułabym ulgę. Że nie usiadł przy nas. 

A teraz ten nagły gest kobiety w eleganckim, beżowym płaszczu jakoś mnie mocno dotyka. 

Chwytam szybko serwetkę i podchodzę do mężczyzny. Pokazuję na spodek. 

– Proszę, może się przyda.

Uśmiecham się, bo co mogę więcej zrobić.

Wracam do rozmowy z Basią. I znowu kątem oka widzę, że ten pan się nam przypatruje. Patrzę mu w oczy. Nie przeszkadza mi opar alkoholu. Kim jestem, żeby go oceniać? Nie wiem, co przeżył. Nie wiem, co go doprowadziło tu, gdzie jest.

On nie patrzy jak ktoś, kto prosi. On patrzy jak ktoś, kto sprawdza, czy ja wytrzymam jego obecność. Jakby to on miał mi coś do powiedzenia.

– Dziękuję. A wie Pani, że to dzisiaj jest mój szczęśliwy dzień?

– Szczęśliwy? A co się dobrego wydarzyło?

Mężczyzna podchodzi do naszego stolika. Jedno oko zapuchnięte. Nad drugim biały opatrunek.

– Wie pani, właśnie wracam ze szpitala. Nowotwór. Całe płuca zajęte. Miałem chemię. Dzisiaj miałem kontrolę. A cały czas się modliłem, żeby Pan Bóg mi pomógł. Bo wie pani… – patrzy na mnie znacząco, mocno akcentując każde słowo – trzeba się modlić.

Uśmiecham się do niego. Czekam, co jeszcze powie.

– No i ta pani, która mi robiła tomograf, nie mogła uwierzyć. Powiedziała: Panie Jarku. Płuca czyste. Wygląda na to, że jest pan zdrowy.

Patrzy na mnie tak, jakby mówił: widzisz?

– No więc dzisiaj chcę świętować. I poszedłem sobie kupić kawę.

– No to cieszę się, że możemy świętować z Panem. To Pan ma na imię Jarek? Ja jestem Monika. A to Basia.

– Jarek, ale dostałem też nowe imię.

– Jakie?

– Jakub.

– Jakub… No… to chyba bardzo musiał się pan kiedyś wadzić z Bogiem.

Patrzę mu w oczy. Czuję, że rozumiemy się.

– Oj, żeby pani wiedziała. Bardzo.

I wtedy on pochyla się do nas niżej, patrzy mi w oczy i mówi:

– Bo wie pani, trzeba naprawdę tak mocno zaufać. Nie tylko całym sercem, ale każdym kawałkiem, no tak w całości, całym sobą.

Wyjmuje z kieszeni jakąś tubkę.

– Chciałbym panią namaścić. Mam tu oleje.

Zdecydowanie nie wygląda mi to na święte oleje. Z lekkim wahaniem podsuwam rękę. Kreśli na niej jakąś białą maścią znak krzyża. Bierze moją drugą rękę i też robi krzyż. Potem jeszcze na czole.

– To jest mirra.

Patrzymy po sobie z Basią. Już mam się roześmiać. Ale nagle czuję, że wyłącza mi się mój zmysł krytycznego myślenia. Aż mnie samą to dziwi. Bo w tej sytuacji, jakie to ma znaczenie, czy to oleje, czy jakaś pasta.

To tylko słowa. I jakaś poza. Ważne, co robi. I co chce przekazać. Dokładnie w chwili, kiedy wypłakuję się Basi, że gdzieś mi się zapodziała radość życia i samotność mocno dobija się do moich drzwi.

On mi mówi słowami moich książek. Zaufaj…

Zdenerwowana kelnerka z daleka daje mi znaki, czy wszystko ok. Ma wezwać ochronę?

Uśmiecham się do niej uspokajająco. Jest dobrze. To ja dostałam Ochronę.

W pewnym momencie pan Jarek sięga do kieszeni.

– Coś pani dam. Bo w pani oczach…

Dorzuca kilka słów. Podaje mi zwinięty sznur koralików.

– Dostałem od Janka.

– Od jakiego Janka?

– No od Jana Pawła II.

Spodziewam się jakiegoś plastikowego, białego albo niebieskiego różańca. Ten jest inny. Z oliwnego drzewa. A na krzyżyku napis: Bethlehem.

Betlejem… Tam, gdzie Bóg zaufał człowiekowi. Najpierw ON.

Monika Górska trzyma różaniec otrzymany na dworcu głównym w Krakowie

Nie chcę go tego różańca pozbawiać, to pewno jedna z niewielu rzeczy, którą pan Jarek posiada. Ale przyjmuję, bo takich darów z serca się nie odmawia.

Z przestrachem patrzę na zegarek. Za chwilę odjeżdża mój pociąg. Podaję mu rękę na pożegnanie.

– Chciałbym panią jeszcze o coś prosić.

No, mówię sobie, wiadomo. Domyślam się, o co.

A on uśmiecha się i mówi:

– Proszę, niech się pani za mnie modli.

– Obiecuję. A pan za mnie też, dobrze?

– I wie pani, niech pani jeszcze pamięta. Jak ktoś panią poprosi o jałmużnę, niech pani nie odmawia. Post, jałmużna i modlitwa. Te trzy razem.

– No pan to chyba post zna aż za dobrze.

I znowu kiwa głową. Tak, jakby wiedział.

Potem Basia mi mówi, że nie mogła w nocy spać. Bo rozmawiałyśmy o tym, jak Jezus nas prowadzi przez życie. A tu nagle sam Jezus podszedł do naszego stolika.

– No przecież pan Jarek nie czytał twoich książek. A tu taki tekst o zaufaniu… No sama byś sobie tego nie wymyśliła. 

Nie wymyśliłabym. Przyszedł do mnie, kiedy byłam w największym smutku, bez sił. Kiedy nie wiedziałam, co mam zrobić, bo ktoś, kto był dla mnie autorytetem, podważył wszystko, czym żyję i kim jestem. Niezrozumiana, odrzucona, zagubiona. Jak On.

Tak łatwo jest poczuć się po „właściwej stronie” świata. Czystej, eleganckiej, ogarniętej. Aż do pierwszego bólu. W cierpieniu wszyscy jesteśmy do siebie podobni.

Kiedy pierwszy raz spojrzałam na pana Jarka, tam przy ladzie, pewnie przyszło mi na myśl, żeby mu dodać otuchy. Żeby jakimś drobnym gestem pokazać, że go widzę. I że dla mnie nie różni się od tej pani w beżowym płaszczu. 

Może i różnie się ubieramy i… pachniemy, ale przecież jesteśmy rodziną.

W mojej pysze wydawało mi się, że to ja robię gest miłosierdzia. A było zupełnie inaczej.

To Jezus do mnie przyszedł. Przez pana Jarka. To On przyszedł, żeby mnie pocieszyć. Żeby mi przypomnieć moje własne słowa. Żebym Mu zaufała. 

“Powierz Panu swą drogę i zaufaj Mu. On sam będzie działał”. Ten wers z psalmu 37 wraca do mnie teraz jak refren.

I jeszcze: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych moich braci najmniejszych, mnieście uczynili…” (Mt 25,40)

Jak inaczej rozumiem teraz te słowa. To nie tylko “ja czynię”, szukając w ubogim i cierpiącym twarzy Jezusa. To Jezus mnie szuka. W nim. Pierwszy. I patrzy na mnie jego oczami. 

To spotkanie dwóch spojrzeń. Od tego spotkania zaczyna się relacja. Patrzę na Jezusa, a Jezus patrzy na mnie. Jak w adoracji.

Tydzień temu zachęcałam Cię, żeby poświęcić 1,5% czasu każdego dnia na adorację. Ale kiedy w ubiegły piątek wracałam pociągiem z Bukowiny do Poznania, wiedziałam, że tego dnia raczej mi się to nie uda.

A tu Jezus sam wyszedł mi na spotkanie. Nie w kaplicy wieczystej adoracji, ale na dworcu Kraków Główny.

Nasze spojrzenie się spotkało…

A moje serce uspokoiło. Przycichło.

I tej samej nocy wróciłam jeszcze do Leonowej ‘Dilexi te’. I teraz ja nie mogłam spać. Jakby Najlepszy Scenarzysta dopisywał mi przypisy do tego spotkania.

Teraz jestem już pewna. Jezus może przyjść także do Ciebie. W każdej chwili. Rozejrzyj się dookoła. W czyich oczach odnajdziesz spojrzenie Tego, który tak bardzo Ciebie umiłował?

Dziękuję za Wasze postanowienia i obietnice modlitwy. Jeśli u Ciebie nie ma adoracji w parafii, w razie czego jest jeszcze możliwość adoracji online z Niepokalanowa: https://www.youtube.com/live/Orc7lHFSqNY?si=uFK_AZHPfDFhoamL

Zadbaj o swoją Miłość!

BESTSELLER Trzy tomy poczytnej trylogii zaufania autorstwa dr Moniki Gorskiej


Dołącz do dyskusji: