Dwa numery, które ratują. Spójrz w górę.

Monika Górska | 6 lutego 2026
48 6850 oraz 48 6851 to nie numery polskich telefonów alarmowych.
Choć można zadrzeć głowę wysoko w górę i przywołać je na ratunek.
Międzynarodowa Unia Astronomiczna, zatwierdziła właśnie nazwy kilku planetoid, odkrytych przez watykańskich astronomów w Obserwatorium Watykańskim w Arizonie. Mówi się na nie także asteroidy, albo czulej: planetki. Bo choć mogą mieć rozmiary nawet do 1000 km, to jednak są mniejsze od planet. Te najmniejsze, zwane meteoroidami, widzimy czasem na sierpniowym niebie i szybko wypowiadamy życzenie, kiedy spadają, a tak naprawdę, spalają się w atmosferze ziemi.
Te dwa numery dostały swoje imiona. Dwóch Polek. Dwóch kobiet. Dwóch Zakonnic. Dwóch Świętych, których życzenia, spełniał czasem nawet i sam Ojciec Niebieski.
Faustina i Ledochowska.
Faustyna żyła 33 lata. To przed nią Jezus odkrył tajemnicę Swojego Miłosierdzia. Traktował ją jak Swoją bratnią duszę i rozmawiał z nią często. Mówił jej, że to zaufanie jest naczyniem, z którego może czerpać łaskę Jego miłosierdzia. I że się cieszy, kiedy ludzie proszą – żądają wręcz – o wiele. Bo tego właśnie Jezus chce najbardziej. Dawać jak najwięcej. Bo Jego hojność nie ma granic.
Ostatnio czytam Dzienniczek Siostry Faustyny, a właściwie wybór tekstów z dzienniczków, zatytułowany: Miłość Cię znajdzie. Ten wybór zrobił razem ze studentami Duszpasterstwa Akademickiego O.Jan Góra, na Jamnej.
Ratuje mi duszę i serce… ostatnio trochę naderwane.
Właśnie wpadłam na piękną, nieznaną mi wcześniej opowieść. Bliską mi bardzo – jako, żem poznańska pyra, a i czerwonymi różami nie pogardzę…🙂
“W pewnej chwili w nowicjacie, kiedy mnie Matka Mistrzyni przeznaczyła do kuchni dziecinnej, ogromnie się tym zmartwiłam. Nie mogłam poradzić garnków, bo były ogromnie duże. Najtrudniej mi było odlewać kartofle. Czasami mi się połowę wysypało. Kiedy powiedziałam o tym Matce Mistrzyni, odpowiedziała, że się pomału przyzwyczaję i nabiorę wprawy.
Jednak trudność ta nie ustępowała. Moje siły zmniejszały się z każdym dniem i wskutek braku sił usuwałam się, kiedy przychodził czas na odlewanie kartofli. Jednak siostry zauważyły, że stronię od tej pracy, i ogromnie się dziwiły. Nie wiedziały, że nie byłam w stanie pomóc. Mimo wytężenia całej mojej gorliwości i nieliczenia się z sobą.
W południe przy rachunku sumienia skarżyłam się Bogu na brak sił. Wtem usłyszałam w duszy te słowa:
– Od dziś będzie ci to przychodziło z wielką łatwością. Wzmocnią się twoje siły.
Wieczorem, kiedy przychodzi czas odlewania kartofli, spieszę pierwsza, ufna w słowa Pana. Z całą swobodą biorę garnek. Całkiem dobrze odlałam.
Ale kiedy zdjęłam pokrywę, żeby kartofle odparowały, ujrzałam w ganku zamiast kartofli całe pęki czerwonych róż. Tak pięknych, że trudno o nich napisać. Nigdy jeszcze takich nie widziałam.
Zdziwiło mnie to bardzo, nie rozumiejąc ich znaczenia. Ale w tej chwili usłyszałam głos w duszy:
– Taką ciężką twoją pracę zamieniam na bukiety najpiękniejszych kwiatów, a woń ich wznosi się do tronu mojego.
Od tej chwili nie tylko starałam się w swoim tygodniu, w którym miałam wyznaczony dyżur gotowania, odlewać te kartofle, ale starałam się w tygodniu innych sióstr wyręczać je w tej pracy.”
Rok po Faustynie, trzy miesiące przed wybuchem II wojny światowej zmarła święta, od 2003 roku, Urszula Ledóchowska. Założyła Urszulanki Serca Jezusa Konającego, zwane szarymi. To dopiero była kobieta talentów. Arystokratka, zwana w Europie najlepszym PR-owcem Polski, która zamieniła wytworne jedwabne suknie i gorsety na szary fartuch, jaki nosiły służące w Danii. Poliglotka, która z każdym potrafiła się dogadać. Taki duchowy Leonardo da Vinci… To, co mnie zawsze uderza, kiedy rozmawiam z szarymi Urszulankami w Pniewach, gdzie jest pochowana, czy w ich “Szarym Domu” na warszawskim Powiślu, to że ciągle jeszcze czuję wśród nich jej obecność. I ogromną miłość do niej. Jakby tylko co wyszła do drugiego pokoju.
„Niech się dzieje, co chce” – mówiła im – „Wy zawsze trwajcie w błogiej ufności, że Serce Jezusa dobrą drogą Was poprowadzi”.
A Jezusowi: „Mogę, o Jezu, opierać strudzoną głowę na Twym sercu. By w tej świętej Przyjaźni znaleźć ukojenie i uspokojenie”.
A wszystkim: „Moją jedyną polityką jest miłość”.
„Klasztor nie obiecywał ani szczególnego ciepła, ani dobrego odżywiania, ani ciepłego ubrania, ani łóżka wygodnego, ani wynagrodzenia za pracę, ani emerytury. Przeciwnie – przyszłyśmy, by tego wszystkiego nie mieć, a umiłować Boga ponad wszystko. Nasze zakonne powołanie to powołanie do miłości. To powołanie do życia nowym Jezusowym przykazaniem: Abyście się wzajemnie miłowali” – pisała po 30 latach bycia Urszulanką matka Franciszka Popiel. Pisałam o jej historii w Zaufaj, puść i kochaj.
Nie wiem, jak to jest być Urszulanką dzisiaj, ale to, co mnie w nich pociąga, to żywa wiara, towarzyszenie ludziom takim, jakimi są, tam, gdzie potrzebują.
Teraz, kiedy wszystko chce mnie przyciągnąć do ziemi tak, żebym się już nie podniosła, albo kiedy – jak w historiach, które mi powierzacie – Wasze lęki podkładają bomby wszędzie tam, gdzie Wam się już udało stworzyć, względną choć, oazę spokoju, tak łatwo zapomnieć, że najważniejsza rzeczą, kiedy jestem w dole jest… przestać kopać. Przyznać się przed sobą do własnej słabości. Całkowicie zdać się na Jezusa i krzyknąć jak Piotr, kiedy idąc do Niego po jeziorze, zaczął tonąć.
– Panie, ratuj mnie!
I poczuć, jak moja bezradność wyzwala Jego Moc. Która jak magnes przyciąga do siebie wszystko, co jest we mnie słabe i niedorobione. Dać Mu szansę, by On tę pustkę, która zostaje, wypełnił po Swojemu.
Bo może i nie nosi zegarka. Ale nie jest głuchy.
A teraz ma jeszcze w niebie dwa mocne megafony: Faustinę i Ledochowską. Je też możesz zawołać na pomoc. On usłyszy. Bo Cię bardzo kocha. I możesz Mu zaufać!
