A jaka byłaby Twoja odpowiedź?

Monika Górska | 27 marca 2025
To jest być może najważniejszy dzień w naszej Historii. Dzień na TAK.
Kim bylibyśmy dzisiaj, gdyby odpowiedziała inaczej?
Zwiastowanie.
I to jedno słowo, które otwiera furtkę, żeby MIŁOŚĆ mogła przyjść na świat.
Początek największej love story w historii świata.
“Zaczęło się w Nazarecie. Maria, Duch Święty i Józef… To dopiero jest zaufanie. Po ludzku – nie do zrozumienia. Nawet, jak ktoś bardzo pojętny. Ale po Bożemu – nieprawdopodobne, a jednak możliwe.
Rodzinny dom Maryi, gdzie to wszystko się wydarzyło.
Kamienny mur pokoju… schody, które prowadzą w górę ku światłu, choć mogłyby prowadzić w dół…
Bardzo mnie wzruszają te słowa Maryi do Gabriela: „Let it be”. Niechaj się stanie. To te same słowa, którymi Bóg stworzył świat. Niechaj się stanie Światłość… A teraz Maria powtarza je, by z narodzeniem Jezusa świat mógł się narodzić na nowo.
Niech tak będzie, jak mówisz! Niech tak będzie, jak chcesz.
Mimo że nie wie, mimo że nie rozumie, mimo że naraża się na plotki i upokorzenia. I mówi Bogu: TAK.
Dosłownie: pozwalam, bo to właśnie znaczy po łacinie: FIAT. Wierzy, że wszystko będzie dobrze, bo dla Boga nie ma nic niemożliwego.
Z tego jej TAK dziewięć miesięcy później narodzi się Bóg. Po to, żeby każdy z nas mógł się stać Bogiem.
Całe jej życie jest jednym wielkim TAK.
– Urodzę w stajni, a mój mąż będzie odbierał mój poród? TAK.
– Będziemy z mężem i niemowlęciem uciekać do innego kraju? TAK.
– Zobaczę, jak mój syn jest bity, wyśmiewany i zabity?
TAK…
Matka niewielu słów. Choć dopiero uczę się Ją kochać, dla mnie jest wzorem osoby, która w pełni ufa i puszcza. O to Ją nieustannie proszę. By kiedy sprawy idą zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałam, ufać i dziękować za to, co jest. TAK. Niech tak będzie. Bądź wola Twoja.
Chyba muszę zacząć modlić się o dobrą pamięć.
Żebym nie zapominała tych kilku ważnych liter, kiedy piasek znowu zacznie mi sypać w oczy, jak kiedyś we Wielkim Kanionie… I żeby mi mój syn Tymek nie musiał przypominać:
– Mamo, przecież napisałaś książkę Zaufaj. No to po prostu zaufaj!
Tak bym chciała i ja pokochać Ją jak matkę! Nie jest to dla mnie łatwe.
Może dlatego, że taka młoda była? W chwili narodzin Jezusa miała około piętnastu lat, a gdy została wzięta do nieba – niecałe pięćdziesiąt. Może dlatego, że z obrazka Matki Boskiej Częstochowskiej nad moim łóżkiem w domu rodzinnym patrzy na mnie tak surowo, bez cienia uśmiechu? Jak czasem moja mama?
Ja nawet nie potrafię się do Niej, czy raczej za Jej pośrednictwem, modlić. Nigdy nie potrafiłam.
I nagle tam, w Bazylice Zwiastowania Jezusa, postanawiam porozmawiać z Nią po prostu. Jak kobieta z kobietą. Szczerze. Do bólu.
– Maryjo, no powiem Ci bez ogródek. Nie kocham Cię tak, jak Twojego Syna. W ogóle Cię nie kocham. Ale naucz mnie. Jak mam to zrobić? Tak bardzo Cię szanuję. Nie spieszyłaś się ze słowami, wszystko rozważałaś w sercu, byłaś taką mądrą matką, tak potrafiłaś usuwać się w cień… Jaką miałaś anielską cierpliwość do tego wszystkiego, co się wokół Was działo. I jak musiałaś cierpieć, kiedy stałaś pod krzyżem i patrzyłaś, jak cierpi i jak umiera Twój Syn.
Wołam jeszcze na pomoc Jezusa:
– Naucz mnie kochać Twoją Mamę! Jeśli nawet nie jak mamę, to może jak… siostrę?
I wtedy czuję, że w moim sercu coś jakby delikatnie klika. Jakby coś się poruszyło. Lekko, jak muśnięcie. Nie, to chyba jeszcze nie miłość, ale to już… nadzieja”.
Tak pisałam w pierwszym tomie trylogii: Zaufaj.
To był rok 2019. I początek mojej drogi z Maryją. Potem śp. Justynka Iwanus, ofiarowująca swoje cierpienia choroby nowotworowej za naszą wspólnotę Paleolit z dawnego duszpasterstwa o. Jana Góry, opowiada mi o swojej historii z Maryją. I namawia, żebym pojechała pisać książkę na Jamną…


Posłuchałam jej.
To zdjęcie zrobiłam dla Justynki 9 kwietnia 2021. Każdego dnia po mszy św. klękam przed piękną Maryją w szmaragdowej sukni, na tle zielonych pastwisk… I tak, krok po kroku, zaprzyjaźniam się z Matką Bożą Niezawodnej Nadziei.
Zaczynam odkrywać jej matczyne piękno…
I kiedy trzy lata później, w 2024 roku, kończę pisać “Zaufaj, puść i kochaj” moja opowieść płynie już innym nurtem…
“Nie minie czterdzieści dni od narodzin Jezusa, kiedy Maryja dowie się w świątyni od starca Symeona:
– A Twoją duszę miecz przeniknie!
Czy już wie, jak ogromne cierpienia spotkają jej Syna? Może tylko przeczuwa? Dopiero co się urodził i nawet nie potrafi jeszcze utrzymać główki! A tu słyszy słowa, jak wyrok w zawieszeniu. I będzie z tym żyła przez kolejne trzydzieści trzy lata…
Może każdego dnia zadaje sobie pytanie:
– Czy to już dziś?
Jak to jest być matką, której ukochany syn jest odrzucany, pogardzany, wyśmiewany, niezrozumiany. Jako człowiek. I jako Bóg? Ile razy chciała Go zasłonić, wytłumaczyć, odegnać wyciągnięte na niego ręce, wziąć na siebie Jego ból. I jak musiało ją boleć, że nie mogła.
Wpatruję się w jej twarz na cudownym obrazie z Jasnej Góry, którego niewielka kopia wisiała przy łóżku w moim dziecinnym pokoju. Tak trudno mi było pokochać Maryję. Bo patrzyłam na nią jak na kobietę. I widziałam tylko jej smutną twarz. Zaciśnięte, surowe usta, poważne, jakby nieobecne spojrzenie oczu patrzących gdzieś w dal. Z dwiema szramami na policzku.
Dopiero teraz zwróciłam uwagę na Jej ręce. Jedną podtrzymuje Jezuska. Mówią, że palce drugiej wskazują na Niego. Ale jeśli się bliżej przyjrzeć, to tę drugą dłoń kładzie Maryja na swoim sercu. O którym litanie będą mówić: Błogosławione między sercami. Serce z Jezusem do krzyża przybite. Serce, które jest Domem Słowa.


Tam zawsze jest Jej Syn. Jej największy skarb. Nawet kiedy pod krzyżem trzyma Jego bezładne ciało w ramionach… I nawet jeśli zna Boży plan, i wolałaby, by to „dziś” jeszcze się nie wydarzyło. W Jej sercu, sercu matki nigdy nie umarł i nigdy nie umrze. Jak teraz bliska mi się stała…
Tyle lat musiało upłynąć, żebym zobaczyła w Niej to, kim naprawdę jest. Matkę. Mamę. Mamusię. Która w Swoim sercu rozważa wszystko, co się przytrafia Jej Synowi. To ona najpierw mówi Mu swoim życiem: Tota Tua. Cała Twoja. Cała utkana z bezinteresownej miłości. I od Swojego pierwszego TAK, każdą chwilą Swojego życia potwierdza: ufam, puszczam i kocham”.
A Justynka pewnie tylko uśmiecha się w niebie…
Modliłam się we mszy św. i w czasie adoracji, by i Tobie Maryja Zwiastowała Niezawodną Nadzieję. I spokojną pewność, że Jej Syn Ciebie kocha.
Dbaj o siebie!
PS. Fragmenty książek pochodzą z “Zaufaj i Puść” oraz z „Zaufaj, puść i kochaj”
👉 https://fabrykaopowiesci.pl/zaufaj